Kto jak kto, ale Victoria wiedziała jak wygląda doba, w której za mało było snu. To była jej codzienność – problemy z zasypianiem, spanie po kilka godziny, na dodatek przerywane. Ostatnio częściej i chętniej sięgała po eliksiry, bo już po prostu musiała. Wiedziała więc jak to wykańcza, i że od czasu początku maja życie wielu ludzi wywróciło się do góry nogami. Laurent już dawno mało jadł, teraz mało spał… to musiało się skończyć źle, a Victoria zwyczajnie się o niego martwiła. Był dla niej drogi i ważny, i…
- Nie jest, ale jestem na niego otwarta – że na ten temat rzecz jasna. - Jestem samoukiem, chętnie wymienię się doświadczeniem – nie była alfą i omegą, ale musiała się nauczyć, żeby sobie jakoś radzić. Plus… niestety, ale czarnoksiężnicy często sięgali po nekromancje, musiała więc wiedzieć z czym się w ogóle mierzy. Żywe trupy były tutaj dodatkową kategorią, a w tym roku już jej się to przydawało… plus Sauriel. Naturalną koleją rzeczy było, że w lutym zaczęła szukać i czytać o wampirach jak najwięcej – ale o tym rzecz jasna nie mówiła…
W tej ciszy jaka zapadła w końcu przesunęła dłoń po ławce, by złapać go za rękę. Ta jej była jak taka bryłka lodu, ale chciała go dotknąć, chciała mu dać znać, że jest, nawet jeśli ostatnio jej nerwy były napięte, nawet jeśli się o coś złościła, to nie było to wymierzone centralnie w niego. Nie miała wielkiego grona bliskich przyjaciół, ledwie kilka osób, ale o te kilka osób dbała z całych sił i z całego serca. Nie byłaby w stanie tyle samo energii poświęcić dla znajomości z pracy – i to nie tak, że odsuwała się celowo. Jakoś po prostu samo tak wyszło, jak to, że z jednymi nawiązujesz głębsza więź, a z innymi nie. Albo nawiążesz ale dopiero za jakiś czas – tak jak Laurent i Victoria potrzebowali na to kilku długich lat, jeśli nie kilkunastu, licząc sześć lat w szkole.
- Laurent, nie złość się na mnie – powiedziała i ścisnęła lekko dłoń, o ile blondyn nie zabrał swojej. - Po prostu się martwię o ciebie, nie chcę żeby coś ci się stało – dodała i westchnęła leciutko. - Mi nie przeszkadza rzucić bardziej bojowe zaklęcie, jestem przeszkolona, a ty nie lubisz przemocy – to nie tak, że w niego nie wierzyła. Co innego gdyby zaczął ćwiczyć i robiłby postępy. Ale uważała, że jego mocne strony były w innym miejscu i to wcale nie było nic złego.
Teraz ona już nie odpowiedziała. Nie chciała ciągnąć tematu Brenny, nadal nie złapała wielu rzeczy, ale puzzle jakie miała przed sobą rozsypane nie do końca jej pasowały do siebie. Nie umiała tego wytłumaczyć. A może faktycznie jej się wydawało.
– Sowy tak samo siedzą, ich kurczakami nie nazywasz – stwierdziła zdecydowanie pogodniej, przyglądając się jak dostojny ptak rozsiadł się na przygotowanym dla niego miejscu na patyku. Nieve i Hestia potrafiły obok siebie siedzieć dokładnie tak samo jak feniks i tylko lekko się podnosiły, kiedy ktoś obok nich przechodził, jakby obgadywały… Może właśnie to robiły. – Witaj, Fuego. Laurent nigdy na oczy kurczaków nie widział, musisz mu to wybaczyć – były mniejsze. I gdakały. I nie latały. Temu pięknemu ptaku daleko było do kurczaka. Wysłuchała w ciszy tego, co mówił Laurent, na moment tylko przekrzywiwszy głowę. – Nie wiedziałam, że miałeś do czynienia ze Śmierciożercami – powiedziała cicho i westchnęła. – Dobrze, że nic ci się nie stało… Wam obojgu – tak, właściwie to im obojgu. Wielu innych ludzi nie miało tyle szczęścia w starciu ze Śmierciożercami. Oni nie mieli hamulców, ani wątpliwości jakie miewali normalni ludzie. – Ech, Laurent. Dobrze, że zwiały i że tak to się skończyło, a nie tak jak z panią Found – wtedy naprawdę się bała, że coś mu się stanie. Jej patronus, który nie był wystarczająco silny… rzuciła go instynktownie. I ciągle jej się coś nie podobało. – Bałam się – powiedziała po chwili. – O ciebie.