Przytaknęła spokojnie głową, kiedy Laurent załapał w końcu, że mówiła o nekromancji i wymianie doświadczeń w związku z tym. Tak, to był delikatny, niebezpieczny temat, ale Laurent miał jej zaufanie, dlatego odważyła się go poruszyć – no i zmęczyła się już kręceniem się wokół tematu i owijaniem bez sensu w bawełnę. Widział jak rzucała patronusa, ona widziała jak on rzucał swojego – nie było sensu udawać, że nikt nic nie widział. Znaczy gdyby pytał jakiś przedstawiciel Ministerstwa, to powiedziałaby, że nic nie wie i nic nie widziała – ale teraz była tutaj całkowicie prywatnie.
– Jednak zmieniłeś zdanie co do odpowiedzialności i wstawania do pracy? – oczywiście, że złapała go za słówko – ale tylko po to, by bardzo delikatnie się z nim podrażnić, co przypieczętowała leciuteńkim uśmiechem, takim na jej miarę. – Chętnie – i na osoby stojącej z boku, która wyrywałaby to z kontekstu, mogło to brzmieć co najmniej dwuznacznie. Ale takie nie było.
Była zagubiona, a to i tak było jeszcze nic przed tym, co miało dopiero nadejść. Tym niemniej – tak, była zagubiona, i tak, potrzebowała kontaktu z drugą osobą. Całkowicie czystego i niewinnego. Bała się odrzucenia, teraz zwłaszcza, kiedy nawet własna matka nie potrafiła powstrzymać pierwszego odruchu, gdy wróciła do domu ze szpitala polowego. To bolało. Ale Laurent nie zabrał dłoni i się nie odsunął, wręcz odwrócił do niej i… to było jak zaproszenie. A Victoria wahała się tylko przez moment, nim zdecydowała się z niego skorzystać, przysuwając się na ławeczce i wtulając w Laurena – nie całą sobą, lecz bokiem, bo ułożyła mu na ramieniu swoją głowę i ciągle miała na oku feniksa.
– Może inaczej na to patrzę, bo tam mieszkam i po prostu… Widzę. I byłam świadkiem. Z tymi błotoryjami to było tak, że przypadkiem wpadłam na Brennę jak poszłam na spacer, wymieniłyśmy ledwie kilka zdań i jeden z mugoli z miasteczka wybiegł z lasu i wrzeszczał, że tam jakieś potwory z zębami i jakiś jego kolega się zgubił… To pobiegłyśmy go poszukać. Albo tych potworów z zębami. Wiesz jakie są błotoryje… Nigdy nie podchodziły tak blisko, a te były wielkie i w ogóle nie na swoim terenie, zeżarły trochę okolicznych zwierząt, a potem nas zaatakowały. I… Ach. To było całe stado i nas dwie. Nie wiem co Brenna zrobiła, ale jeden… wybuchł… I potem był wszędzie. I ja byłam cała w… I Brenna… I… - już się poddała nawet, bo nie było co opisywać. – Na szczęście żadnemu mugolowi nic się nie stało. Ale mogło. Dlatego… Nawet pomijając te widma, o których nie wiedziałam. Tam po prostu… Mam wrażenie, ze w Zakazanym Lesie jest bezpieczniej niż obecnie w Kniei – Victoria nie chciała być nadgorliwa, po prostu wiedziała, że tam się dzieje coś złego po Beltane. Tylko nie wiedziała jak bardzo złego. – Nie zwlekasz poprosić? – powtórzyła za nim nie do końca w to wierząc. Ona zwlekała, bo nie chciała fatygować ludzi, nie chciała im zawracać głowy, a poza tym po tym jak wychowywała ją matka, miała wbite do głowy, że skoro umie liczyć, to musi liczyć na siebie… Niełatwo było zmienić nawyki. Ale już żeby pomóc bliskim – to była pierwsza i bez wahania. Tak, to się nazywa hipokryzja.
Przyglądała się pięknemu feniksowi i gdy rozłożył skrzydła to się uśmiechnęła, nadal wtulona w Laurenta. Piękny to był ptak, nawet jeśli z nieufnością podchodził do Victorii. Nie mogłaby się mu dziwić, przecież była dla niego całkowicie obcym elementem. Pokiwała głową na pierwszą, bardzo krótką opowieść, a na drugą… chwilę milczała.
– Weszłam tam nie mając pojęcia o widmach, tylko tyle co zdążyła mi opowiedzieć pani Found – powiedziała cicho. – Nie wiem czy Brenna się stresowała. Ja się po prostu o ciebie martwiłam, nie wiedziałam, że masz jakiekolwiek pojęcie o temacie – nie rób tak więcej tańczyło jej na końcu języka, ale nic nie powiedziała. – Na pewno nic ci nie zrobiły? Na Morganę, naprawdę jak dobrze, że te patronusy je przegoniły… Jak się na ciebie rzuciły to… - nie dokończyła, za to pokręciła głową.