Sauriel uniósł jedną brew pytająco, słysząc magiczne "w tym roku". Nie, że w ogóle, nie, że przygotowani. To był konkretny zwrot. Spojrzał z tą uniesioną brwią pytająco na Stanleya, ale nic nie powiedział. Więc to był jakiś wielki plan misternie snujący się od lat? Spisek, prawdziwy spisek, który miał na celu pradziwe zawładnięcie rynkiem, tylko potrzebował kogoś ogarniętego, kto rozwikła tajniki książki jego matki, a potem... cóż, dalej Sauriel też mógł tę zagadkę rozpracowywać, na szczęście Victoria im bardzo to wszystko ułatwiła i gdyby nie ona, to nie wyrosłyby nawet w połowie tak dorodne, jak wyrosły. Albo nie wyrosłyby wcale, bo zamiast wodą stale by je podlewali wódką. Potem się dziwić, że obaj nie grzeszyli pieniądzem, kiedy był on przepierdalany (inaczej się tego ująć nie dało) na głupoty. Sądził, że to jakiś wybryk tegoroczny Stanleya, a wychodziło na to, żeniekoniecznie.
- Nie. - Odparł krótko na pytanie Stanleya o to, czy wszystko dobrze. Miał udawać, że tak, wszystko super i wesoło? Po co? Trzymał się i w zasadzie było całkiem stabilnie, to wystarczyło do funkcjonowania. Oderwał wzrok od Stanleya, przenosząc go na dłuższy moment na Atreusa, który powtórzył prawie że jego słowa chwaląc Stanleya. I dobrze. Stanley potrzebował bardzo dużo pochwał i zapewnień, że robi dobrze. Wtedy faktycznie kontynuował robienie dobrze, albo zapominał o robieniu czegokolwiek i otwierał alkohol. Czyli też dobrze. W tę czy drugą nie wychodzili stratnie. Śledził dość uważnie Stanleya i Atreusa w swoim towarzystwie, wymianę zdań o Anthonym, ale nie wtrącał się do tego. "W tym roku", "Antka nie będzie?" - może to były pierdoły, drobiazgi, ale tworzyły inny obraz tego, jaki miał o tej zabawie, jaką Stanley wymyślił. Jakby coś go ominęło, przeskoczyło nad jego głową, a on tego nawet dotąd nie spostrzegł. - Stary Stanleya to Mulciber. Mój ulubieniec. - Ostatnie słowo było podkreślone cynizmem, kiedy Sauriel powąchał w końcu ten koperek, do którego się cofnął, ale skrzywił się, prawie parsknął i go zostawił już w spokoju. Minął szerokim łukiem, jak kot cytrynę. Albo ogórka, który go zaskoczył od tyłu. - Wyszedł po mleko i nie wrócił. A jak już wrócił to znowu wyjechał. Taki los. - Było jeszcze kilka przykrych historii, które można było opisać o życiu Staszka w o wiele bardziej miły i empatyczny niż zrobił to Sauriel (czyli antypatycznie), ale na tym poprzestał. W każdym razie oto i dlaczego Stanley był Borginem a nie Mulciberem.
Odebrał od Victorii fartuch delikatnie, jakby Victoria była krucha jak motyle skrzydła. I grzecznie założył. I równie grzecznie wzniósł toaścik... odstawił pustką szklankę i zanurkował po ogórka, oglądając go ze wszystkich stron. No, ludzie to jadali...
- Aha... ja wiem, co robić... - Odpowiedział, skupiony na tym ogórku. Oczywistym było, że nie wiedział i chyba pół słuchał wielkie przemowy Stanleya i potem wstępu do tego, co i jak robić od strony Victorii. Odtuptał od towarzystwa do kuchni z ogórkiem w ręku. Słychać było stukanie szafek, jakieś jeno "kurwa!" po głuchym tąpnięciu, kiedy Sauriel przywalił sobie otwartymi drzwiczkami w łeb i w końcu szczęk sztućców. I wrócił podrzucając nóż kuchenny w ręku. Tak, nadal z ogórkiem w drugiej.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.