Radość z życia, co? To prawda. Dopóki zżyli i dopóki mogli to powinni z tego marnego żywota czerpać jak najwięcej i jak najmocniej. Na przykład zachwycając się tym, czego może dokonać Cruciatus, co? Chyba miał uraz do tego zaklęcia. Z drugiej strony - jaka to była satysfakcja, kiedy ktoś zginał się przed tobą i padał na kolana tylko dlatego, że miałeś w sobie więcej woli? Więcej pragnienia, żeby go zgiąć, niż on miał siły woli, aby się temu oprzeć? Sam go czasami używał. Ale to zaklęcie nie potrafił zapełnić tej potrzeby adrenaliny, nie spuszczało z niego nadmiaru emocji, jaki nosił w sobie. Ze Stanleya spuszczało? Czasem sam nie wiedział, co krążyło po jego głowie i czy krążyło tam cokolwiek. Na jego podobieństwo, ech. Albo nie, na odwrót, skoro on był starszy to... nie ważne. Czarna skrzyneczka, w niej czarne smutki, a wszystko co na zewnątrz już było głupawką, zabawą i miejscem na kretyńskie przemyślenia. Ewentualnie robienie ogórków.
Jeden z mężczyzn, który wystartował w ich kierunku, upadł na ziemię z krzykiem na ustach. Ten darł pizdę w całej okazałości, kiedy inny jegomość pod ścianą, siedząc na krzesełku, zarechotał i uniósł kielona z cholera wie czym. "Za tego pana!" - wzniósł toast nieznajomy w kierunku Stanleya i jego perfekcyjnego Cruciatusa. Siła rozpędu sprawiła, że napastnik przesunął się kawałek bezwładnie po podłodze, ale zachował na tyle odległości od nich, żeby noga Sauriela go nie sięgała. Jaka szkoda. Jeszcze by kopnął leżącego, bo tak głosiło przysłowie - że leżącego się kopie. Mógł zgubić tam magiczne "nie" z tego zdania. Kakofonia jego krzyków trwała, kiedy drugie zaklęcie zostało odbite przez trzymającego różdżkę ostatniego ze stojących. Rzeczywiście - udało mu się. Nawet wzrósł miernik jednego milimetra szacunku do tego mężczyzny, bo jego srebrzysta tarcza pochłonęła całą moc impetu zaklęcia Stanleya. Z tym, że nie bardzo miał czas się temu przyglądać. Bo jeśli jeden mężczyzna już leżał to pozostawił go czujnemu oku przyjaciela, kiedy sam ruszył do przodu, żeby złapać mężczyznę za rękę, w której trzymał różdżkę, odciągnąć ją na bok i złapać go za rękę drugą ręką.
- Pojebało cię? Chcesz skończyć, jak koledzy? - Zapytał bardzo uprzejmie. I wcale uprzejmie to nie brzmiało.
W przybytku wcale nie było teraz cicho. Zaczęły się krzyki, gwizdania, dogadywanie i przesypały się galeony, kiedy poszły gdzieś między rękoma zakłady o to, kto z kim wygra i kto tutaj skończy z obitą mordą. Ktoś splunął na wijącego się z bólu na ziemi parobka, ktoś starał się ściągnąć na dół nadętego w balonik klienta i go odczarować. Nikt nie robił tylko jednej rzeczy - nie leciał po aurorów ani brygadzistów. Nie wybiegał w poszukiwaniu ucieczki. Towarzystwo wydawało się zachwycone tym, że ktoś w końcu przyszedł zrobić porządek z burdelarzami.
Mężczyzna, którego chciał złapać Sauriel odsunął się i utrzymał swoją różdżkę, więc i Czarny Kot stanął w bezruchu. Ale teraz już w oczach mężczyzny nie było pragnienia walki. Był strach, kiedy migał tymi oczami z Sauriela na Stanleya i z powrotem. Akcja zdawała się tu zamrzeć w bezruchu.
- Zabierz ciało. - Rzucił Sauriel do Reida, a ten nawet niekoniecznie czekał. Od razu wylazł zza blatu, złapał martwego jegomościa za ręce i wytargał go na zaplecze, rzucając kurwami pod nosem.
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Na NPCka czy się wybroni
Akcja nieudana
Akcja nieudana
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.