Sauriel skrzywił się i uniósł jedną broń, spoglądając na mężczyznę z niesmakiem. Chciał go złapać tak, żeby nie robić mu większej krzywdy. Z większą myślą. Prostą, ale jednak myślą. Przyszli tutaj posprzątać, zaprowadzić porządek, więc i można wprowadzić całkiem Nowy Ład. Było takich dwóch braci (a właściwie to miało być takich dwóch), którzy uważali to za dobry pomysł, wprowadzili w życie i rozpierdolili tym kraj. Na szczęście braci jeszcze nie było, ale Nowy Ład już istnieć zaczął. Nie na skalę globalną. Na razie musiał się zadowolić tym, co było tu i teraz. Zabawne, jak czasami jedno spotkanie potrafiło poustawiać człowiekowi życie. Zbudować w nim jakieś pragnienie ruszenia się, zmienienia tego, co go otaczało. Jedna osoba, która budziła tak strach jak i podziw... bo przecież Sauriel powtarzał, że lepiej, żeby ludzie popierali twoje zdanie ze strachu niż przekonania. Strach był stały. Mogłeś go pogłębić, wynieść na progi szaleństwa, ale jeśli o niego dbałeś to nie zawodził. Tak jak nie zawodził teraz. Kiedy stojąc w bezruchu spoglądał na mężczyznę przed sobą, któremu dłoń drżała, kiedy mierzył w niego różdżką. Nie na długo. Zajęty Saurielem nawet nie zobaczył, kiedy magiczna struga poleciała w jego kierunku i powaliła go na kolana. Wystarczająco, żeby Sauriel złapał go za włosy i przytrzymał, by nie poleciał zupełnie na ziemię. Puścił różdżkę, która zastukała, kiedy upadła o ziemię, turlając się po wypaczonym, ubrudzonym drewnie. Okropna speluna i okropne miejsce, ale to nie ważne. Reid pomagał Czarnemu Panu i tylko to było tutaj istotne. Może więc czas, żeby wieść się naprawdę niosła..? Przestać tutaj naprawdę pracować, a zacząć naprawdę być? Ciałem, umysłem i duszą. W końcu gdzie miałby być lepszy zakątek dla tak spaczonej duszy niż tu, na Nokturnie? Sauriel obrócił się w kierunku Stanleya, trzymając ryczącego i wierzgającego się z bólu obdartusa na bezpieczne wyciągnięcie swojej ręki.
- Nie radzę. Zostaw. - Mężczyzna wcześniej potraktowany Cruciatusem drżał na ziemi i próbował sięgnąć do swojej różdżki, na której zacisnął palce. Sauriel wyciągnął rękę w jego kierunku i pogroził mu palcem - bardzo dosłownie. Prawie jak dobry wujaszek. Ale rzeczywiście - nie było w tym wszystkim emocji, nie od Czarnego Kota. A przynajmniej nie tych, które zazwyczaj się w nim pojawiały, kiedy była okazja kogoś skrzywdzić. To było prawie jak bicie dzieci w Lecznicy Dusz. Ani specjalne wyzwanie, ani specjalny wysiłek. Element zaskoczenia był tutaj, oczywiście, kluczowy. - Wstawaj i idziemy. - Spojrzał na Stanleya i machnął głową na znak, żeby brał jegomościa i żeby szedł za nim. Przez "brał" oczywiście bardziej chodziło o to, żeby gość sam tutaj przyszedł, skoro już pierwsza moc zaklęcia spłynęła po jego ciele i był w stanie się ruszać. Albo mógł i go tu zatargać za kołnierz, chociaż to pewnie mogłoby być zabawne z tężyzną Mulcibera.
Sauriel skierował się do drzwi, w których zniknął Reid. Nie było tutaj za dużo miejsca, a już w tym korytarzyku w ogóle było ciasno. Wierzgająca ofiara swoimi nogami otworzyła jakieś szafki, kiedy tak kopał na prawo i lewo, aż został puszczony na podłogę na zapleczu, gdzie Reid stał właśnie nad ciałem zmarłego. I trochę się zdziwił obecnością Sauriela. I potem Stanleya. Ledwo się tu mieścili, dlatego Sauriel usiadł sobie na blacie i poklepał miejsce obok siebie Stanleyowi.
- Utalentowani to oni nie są, ale Reid, nie przydałaby ci się para gnojków do pomocy? - Wyciągnął paczkę fajek i lekko nią machnął, żeby kilka papierosów się wysunęło. Wyciągnął zachęcająco w kierunku Stanleya. Zasłużył! No jak nikt inny! Sauriela mogłoby tu nawet nie być, tak pięknie sobie Staszek poradził! Jego pełne miłości i uwielbienia Cruciatusy były wręcz bezbłędne. I to bez śmiechów hihów dla Sauriela ten człowiek był najlepszym kompanem przygód i znojów. Tych dobrych i złych chwil, kiedy dzielili swoje życie na "życie" i robienie dla Śmierciożerców.
- Hmph. Pytasz barmana czy burbon leje. - Zachrypiał Reid i splótł ręce na klatce piersiowej, patrząc na tych rzezimieszków, którzy dostali taki wpierdol. Interes kwitł i jak widać przyciągał też więcej opozycji, a dobrze zawsze było mieć kogoś, kto ci posprząta, albo chociaż powygląda groźnie, na zawołanie. I kto zjawi się szybciej niż osoby, powiedzmy, poważniejszego kalibru. - Ale psów, co rękę pana gryzą, to ja nie chcę. - Machnął ręką. I nic dziwnego, Sauriel też by chyba nie chciał takich, co są gotowi zdradzić za byle co. Dlatego trzeba było mieć odpowiednią motywację, żeby nie zdradzili. Na przykład - śmierć.
- Ooo, panowie tylko zmienią pracodawcę. Albo mogą zdechnąć. Wybór jest prosty jak jebanie. Prawda, Stanley? - Oddał pałeczkę przyjacielowi, który miał zdecydowanie do tego większy dryg. I znów - ach, jak wspaniale się uzupełniali! Sauriel mógł mu trochę rozmiękczyć teren, a Stanley potem mógł działać z całą swoją okazałością. Sauriel nigdy nie uważał, żeby potrafił dowodzić ludźmi. Co najwyżej ludzie byli skłonni go posłuchać, bo tak zajebiście się bali, albo dlatego, że go lubili. Wzrok Reida przeniósł się z ciekawością na Stanleya, kiedy ta jęcząca na ziemi dwójka, pozbawiona różdżek, gapiła się teraz na martwego kompana. Trzech to i tak byłoby za dużo gąb do wykarmienia.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.