Owszem, nie było w tym żadnych podtekstów. W końcu ponoć Kot był najlepszym przyjacielem kobiety, prawda? W przyszłości miały latać żarciki o kocich mamach, dziś raczej mówiono o tym, że tylko stara panna zostaje sam na sam z kotem. Sauriel nie aspirował do miana męża, mimo tego, że był zaręczony. Ale no, przecież on nie aspirowałby do bycia starą panną, co najwyżej starym kawalerem. O ile to określenie do wampirów w ogóle pasowało, skoro ich nie dotyczyło normalne, ludzkie życie w takim stopniu, w jakim część z nich sama by chciała. Przynależność do kogoś potrafiła więc mieć wiele znaczeń. Czasem to było po prostu dzielenie z kimś czegoś. Albo dzielenie się sobą wzajem, co nie miało niczego wspólnego z cielesnością, z porywami serca i słodkimi westchnieniami. Kiedyś sądził, że to nie będzie nic dobrego - te ich spotkania. To, że w ogóle nawiązał z nią kontakt. Mieli skłonności do upadku. Bezwładnego, powolnego opadania, a czasami wręcz lecenia na łeb i szyję, kiedy zrobili złe kroki i ziemia osunęła się spod ich stóp. Z tym, że Sauriel złapał swoją równowagę. Miał ramkę, miał oparcie, nie był dręczony miłosnymi porywami tak, jak Avelina. Teraz już w ogóle był minimalizm formy tego, co potrafiło go zadręczać.
- Co czarne to czarne, co kocie to kocie - i powinno pozostać w kociej rodzinie. - Uśmiechnął się pod nosem, nawiązując do tej bratniej duszy. Czy aż tyle ich łączyło? Aaach... teraz na pewno nie. Już nie. Poszli po dwóch różnych drogach, Sauriel upadł. To nie był upadek, z którego mógł się podnieść, albo ktokolwiek inny mógłby to zrobić. Były pewne rzeczy, jakich nie dało się naprawić. Nawet jeśli Avelina uwolniłaby się od Augustusa to nie zdołałaby na zawsze zapomnieć. W końcu jej serce by się zabliźniło, ale te blizny pozostaną i czasem muskane bolałyby znowu. Być może doprowadziłyby do tego, że straciłaby pewność i wiarę w siebie. A może urosłaby w niej obojętność i nieczułość? Gdziekolwiek by zawędrowała to chyba i tak by ją lubił. Mógłby ją klepać po pleckach, albo powtarzać "głowa do góry" - bo doprawdy, już nie było go stać na niewiele więcej. Empatia w nim umarła. Albo pozwolił jej umrzeć? On w końcu nie cofnie wszystkich tych żyć, jakie odebrał. A było ich... naprawdę sporo. Jaka Paxton była biedna to sama nie zdawała sobie z tego sprawy. Obracała się wśród morderców i ludzi okrutnych. Żartowała sobie z nimi i uczyła ich, tak jak uczyła jego, albo jadła kolację, jak z Augustusem, podkochując się w nim. - Ay, Kociaku. - Gwizdnął na skrzata domowego. - Przynieś wodę i szklankę do ogrodu. - Skrzat od razu po usłyszeniu polecenia zniknął, a oni wyszli do ogrodu. Ładnie zrobionego, bo jego matka kochała kwiaty i dbała o to miejsce, by zawsze przyjemnie się tutaj spacerowało. Był więc oświetlony tego wieczora, a pomarańcz oświetlała wszystkie listki i kłosy traw tańczące na lekkich podmuchach letniego wiatru.
- Noo. Aż tak tępy nie jestem. Ay, wziąłem książkę do łap. - Ponieważ Sauriel się lubił nawet uczyć. Lubił wiedzieć. Problem więc nie był w tym, że był debilem niechłonnym, tylko na tym, że był cholernie leniwy i mógł jak koty spać po 18 godzin dziennie i być szczęśliwym człowieczkiem. Gdyby tylko mógł tyle sypiać, rzecz jasna. Bo zawsze i wiecznie było coś do roboty. Szczególnie teraz, kiedy po Beltane Śmierciożercy uaktywnili się dość mocno i każdy latał jak kot z pęcherzem. A tu trzeba było na spokojnie... - W igłę. Hoho... - Już miał bekę, a jeszcze nawet nie wyciągnął różdżki. I prawie się zapomniał, żeby ją wyciągnąć. Pomacał kieszeń spodni i w końcu ją wyjął. Zapałka została położona na okrągłym stoliku, do którego zaprowadził Avelinę. Usiedli, a po chwili pojawił się dzbanek z wodą i dwiema szklankami, które przyniósł skrzat. Sauriel tylko na niego bacznie spojrzał, zanim ten znów zniknął, kłaniając się. Akurat był jednym z tych, co skrzaty domowe lubili i szanowali. Choć... "szacunek" w wydaniu Sauriela miewał bardzo różne oblicza. Klapnął więc sobie na to krzesełko i ustawił zapałkę przed sobą, wystawiając język, robiąc skupioną minę i... puff! obłoczek dymu, a zapałka zamieniła się w jakąś dziwne, powyginane coś, co przypominało raczej glizdę niż jakąkolwiek igłę. Była też większa i wyglądała jakby właśnie doznawała agonii. Na szczęście była nadal przedmiotem nieożywionym. - No... zajebista igła. - Stwierdził bezkrytycznie, kiwając głową, kiedy oglądał tak to... COŚ... z każdej strony. - Czy ja mam to odmienić w zapałkę? - Nie brzmiało to bezpiecznie, tak szczerze mówiąc. Ale przynajmniej Avelina miała pogląd na beztalencie, jakim Sauriel był w transmutacji.
- A tka jak ci napisałem. Wymyśliłem sobie, że będę fancy animagiem. Tak po prostu. - Nie stała za tym kompletnie żadna wielka myśl czy plany, co dla niektórych mogło być całkiem szokujące. - Znasz jeszcze jakiegoś animaga, który mógłby mnie poczucyć w wolnym czasie? - Podpytał od razu, bo chociaż wiedział, że Avelina by się niemal zgodziła na CODZIENNE nauki, to nie chciał jej wcale zawsze męczyć i ciągać. Głównie dlatego, że ona nie potrafiła powiedzieć "nie".
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.