16.10.2023, 11:00 ✶
Moody tonął w papierkowej robocie, której tak zwyczajnie, po ludzku, nienawidził. To, że pałał do niej wielkimi pokładami niechęci nie znaczyło oczywiście, że się od niej migał, robił ją powoli lub wykonywał ją źle, oj nie - był w tym dobry, wiedział co dokładnie napisać w raporcie, żeby magowie z Wizengamotu wzięli sobie sprawę do serca i to właśnie było jego zgubą. Bo jak się było w czymś dobrym, to się tego dostawało więcej i inni często prosili cię o pomoc, a on przecież nie odmawiał nigdy i teraz, chociaż wyjątkowo wolałby być gdzieś indziej, siedział i zapoznawał się z kolejnymi dokumentami, żeby wesprzeć w tym jedną ze swoich koleżanek. Gdyby wybór należał do niego, byłby teraz na patrolu, zamiast tego kończył wypełniać ostatnią rubrykę, kiedy Willow ucinała sobie drzemkę na kanapie za jego plecami.
Brenna zastała go więc przy jednym z morza biurek, podpierającego podbródek na ręce, pochylającego się nad ostatnimi słowami spływającymi na pergamin, na którym następnie przybił swoją pieczątkę. Alastor Moody, Auror. Jak to dumnie brzmiało. Wielu dałoby się pociąć za to, żeby siedzieć na jego miejscu, a on się tutaj tak niemożebnie nudził... Ale może to i lepiej, że się nudził, a nie zastanawiał nad sensem istnienia w świecie po ataku na Beltane.
Leniwie podniósł spojrzenie w górę, ale kiedy jego oczy zetknęły się z oczami Brenny, uśmiechnął się przyjaźnie.
- Dzięki - powiedział od razu, ale kiedy nie wybiegła z pomieszczenia pięć sekund po przekazaniu mu pudełka, mimowolnie zmarszczył brwi. - Longbottom, dam ci - zdaniem absolutnie nikogo - ważną lekcję życia, jak kogoś zapraszasz na randkę to nie mówisz mu z marszu, że cały czas był zapasową opcją. - Bujając się na krześle, ułożył dłoń na klatce piersiowej i udał, że coś go tam zabolało, ale po chwili już stał na równych nogach, zbierając z blatu swoją odznakę i różdżkę, a później zakręcił kałamarz. - Mam się przebrać w mundur? - Nie potwierdził tego, że chce iść, bo w gruncie rzeczy nie odmówił nikomu odkąd zaczął tutaj pracować. Prędzej ktoś odmawiał za niego, bo widział jak rzadko Moody wracał do domu.
Brenna zastała go więc przy jednym z morza biurek, podpierającego podbródek na ręce, pochylającego się nad ostatnimi słowami spływającymi na pergamin, na którym następnie przybił swoją pieczątkę. Alastor Moody, Auror. Jak to dumnie brzmiało. Wielu dałoby się pociąć za to, żeby siedzieć na jego miejscu, a on się tutaj tak niemożebnie nudził... Ale może to i lepiej, że się nudził, a nie zastanawiał nad sensem istnienia w świecie po ataku na Beltane.
Leniwie podniósł spojrzenie w górę, ale kiedy jego oczy zetknęły się z oczami Brenny, uśmiechnął się przyjaźnie.
- Dzięki - powiedział od razu, ale kiedy nie wybiegła z pomieszczenia pięć sekund po przekazaniu mu pudełka, mimowolnie zmarszczył brwi. - Longbottom, dam ci - zdaniem absolutnie nikogo - ważną lekcję życia, jak kogoś zapraszasz na randkę to nie mówisz mu z marszu, że cały czas był zapasową opcją. - Bujając się na krześle, ułożył dłoń na klatce piersiowej i udał, że coś go tam zabolało, ale po chwili już stał na równych nogach, zbierając z blatu swoją odznakę i różdżkę, a później zakręcił kałamarz. - Mam się przebrać w mundur? - Nie potwierdził tego, że chce iść, bo w gruncie rzeczy nie odmówił nikomu odkąd zaczął tutaj pracować. Prędzej ktoś odmawiał za niego, bo widział jak rzadko Moody wracał do domu.
fear is the mind-killer.