16.10.2023, 22:23 ✶
Nic jej nie było.
Wszystko wydawało się być jeszcze mgliste i Moody, chociaż bardzo nie chciał tego przed sobą przyznać... domyślił się, że nie było to do końca efektem jego działań. Nie był wilkołakiem od wczoraj i nie dzisiaj nauczył się wymuszać te przemiany na kilka sekund, bo musiał pomóc sobie w sytuacji bez wyjścia, ale za każdym razem radził sobie z tym na tyle dobrze, by zaraz po tym być gotowym do kontynuowania walki. Teraz - zamarł na tak długo, sam się zdziwił jak bardzo, to nie było normalne, że mu serce waliło jak młotem. Powodem była Eden, po prostu Eden. Przez tę nieprzeniknioną ciemność próbował spojrzeć dziewczynie w oczy i chyba nie dostrzegł w nich strachu, który być może gdzieś się w jej głowie tlił, ale ukryła go pod grubą warstwą charyzmy, ale nie wydostał się na powierzchnię jej oblicza...
Skoro tak, to zaśmiał się. Głośny rechot Moody'ego poniósł się echem po tych posadzkach, ścianach. Zagłuszył kapanie wody nieopodal. Śmiał się całkowicie szczerze, w swój przerażający sposób będący częścią człowieka kochającego adrenalinę - Bott by go za to pewnie zrugał, ale on siedział sobie teraz w Dolinie, gdzieś poza zasięgiem myśli Alastora. Prawie tutaj zginęli, od czegoś kompletnie przewidywalnego, od zabezpieczenia godnego tych, które rozbrajał z ojcem jako dziecko. Czuł ten cudowny, zimny dreszcz na plecach, chłód bijący od podłogi wciąż sprowadzał go na ziemię - siedział sobie nagusieńki na środku pola walki. Wiedział, że się musi podnieść i wstał wreszcie, kilka sekund po tym, jak Malfoy podała mu jego różdżkę.
Nic jeszcze nie mówił, bo po tym śmiechu przecinającym ciszę, zaczął ubierać się w strzępki munduru, które tymczasowo skleiła za pomocą magii. Nie to, że wątpił w jej umiejętności, ale wiedział już aż za dobrze, że nie może tak wrócić do biura, jeżeli nie chce zaświecić jajami przed całą komendą. Wysłuchał jej. Nie potrafił wyczuć prawdziwego nastroju, jaki szedł za tymi słowami, ale w przeciwieństwie do charyzmatycznej kobiety, jego czytało się z łatwością i aktualnie był... w euforii, albo w stanie do niej zbliżonym.
- Wybacz, jeżeli zrujnuję ci jakieś piękne wyobrażenie na mój temat, ale ja nie boję się niczego. Strach to zabójca umysłu.
Czart jeden wiedział, czy naprawdę nie bał się niczego, ale ewidentnie nie bał się nagości, bo odziany jedynie w spodnie, nie drgnął, nawet kiedy zbliżyła się na tyle blisko, żeby widzieć dobrze (jak na to, że nie miała okularów...) jak wygląda pod kilkoma warstwami materiału i odznaką. Pewnie powinien się schować w tym cieniu, bo w młodości przyozdobił się w kilka idiotycznych tatuaży, ale kto go tylko znał, wiedział dobrze jedno - Moody nie był tchórzem.
- Mam nadzieję, że podobało ci się widowisko...?
Wyszczerzył się cholernie głupio, a później wyciągnął z kieszeni spodni worek, który jej podał. Na tę przeklętą ozdóbkę.
- Ale moje pieskie życie zachowaj proszę w sekrecie. Przed tą typiarą, co na nas czeka też. Obawiam się, że będziemy musieli stąd wypłynąć. Chyba że masz lepszy pomysł?
Wszystko wydawało się być jeszcze mgliste i Moody, chociaż bardzo nie chciał tego przed sobą przyznać... domyślił się, że nie było to do końca efektem jego działań. Nie był wilkołakiem od wczoraj i nie dzisiaj nauczył się wymuszać te przemiany na kilka sekund, bo musiał pomóc sobie w sytuacji bez wyjścia, ale za każdym razem radził sobie z tym na tyle dobrze, by zaraz po tym być gotowym do kontynuowania walki. Teraz - zamarł na tak długo, sam się zdziwił jak bardzo, to nie było normalne, że mu serce waliło jak młotem. Powodem była Eden, po prostu Eden. Przez tę nieprzeniknioną ciemność próbował spojrzeć dziewczynie w oczy i chyba nie dostrzegł w nich strachu, który być może gdzieś się w jej głowie tlił, ale ukryła go pod grubą warstwą charyzmy, ale nie wydostał się na powierzchnię jej oblicza...
Skoro tak, to zaśmiał się. Głośny rechot Moody'ego poniósł się echem po tych posadzkach, ścianach. Zagłuszył kapanie wody nieopodal. Śmiał się całkowicie szczerze, w swój przerażający sposób będący częścią człowieka kochającego adrenalinę - Bott by go za to pewnie zrugał, ale on siedział sobie teraz w Dolinie, gdzieś poza zasięgiem myśli Alastora. Prawie tutaj zginęli, od czegoś kompletnie przewidywalnego, od zabezpieczenia godnego tych, które rozbrajał z ojcem jako dziecko. Czuł ten cudowny, zimny dreszcz na plecach, chłód bijący od podłogi wciąż sprowadzał go na ziemię - siedział sobie nagusieńki na środku pola walki. Wiedział, że się musi podnieść i wstał wreszcie, kilka sekund po tym, jak Malfoy podała mu jego różdżkę.
Nic jeszcze nie mówił, bo po tym śmiechu przecinającym ciszę, zaczął ubierać się w strzępki munduru, które tymczasowo skleiła za pomocą magii. Nie to, że wątpił w jej umiejętności, ale wiedział już aż za dobrze, że nie może tak wrócić do biura, jeżeli nie chce zaświecić jajami przed całą komendą. Wysłuchał jej. Nie potrafił wyczuć prawdziwego nastroju, jaki szedł za tymi słowami, ale w przeciwieństwie do charyzmatycznej kobiety, jego czytało się z łatwością i aktualnie był... w euforii, albo w stanie do niej zbliżonym.
- Wybacz, jeżeli zrujnuję ci jakieś piękne wyobrażenie na mój temat, ale ja nie boję się niczego. Strach to zabójca umysłu.
Czart jeden wiedział, czy naprawdę nie bał się niczego, ale ewidentnie nie bał się nagości, bo odziany jedynie w spodnie, nie drgnął, nawet kiedy zbliżyła się na tyle blisko, żeby widzieć dobrze (jak na to, że nie miała okularów...) jak wygląda pod kilkoma warstwami materiału i odznaką. Pewnie powinien się schować w tym cieniu, bo w młodości przyozdobił się w kilka idiotycznych tatuaży, ale kto go tylko znał, wiedział dobrze jedno - Moody nie był tchórzem.
- Mam nadzieję, że podobało ci się widowisko...?
Wyszczerzył się cholernie głupio, a później wyciągnął z kieszeni spodni worek, który jej podał. Na tę przeklętą ozdóbkę.
- Ale moje pieskie życie zachowaj proszę w sekrecie. Przed tą typiarą, co na nas czeka też. Obawiam się, że będziemy musieli stąd wypłynąć. Chyba że masz lepszy pomysł?
fear is the mind-killer.