Towarzyszem podróży Sauriel był złotym - przyniósł ze sobą karty wygrane na loterii, na których były gołe baby i do tego kilka butelek cydru, żeby każdy mógł się napić, a nikt się nie najebał. Czasami nawet on ruszał głową, szczególnie kiedy mieli przed sobą konieczność utknięcia jako Trzej Muszkieterowie na jednej powierzchni ciasnej (a niekoniecznie płaskiej) w postaci pociągu. Sauriel niekoniecznie był fanem podróży. Lubił Londyn, dobrze mu tam było i okej, obserwowania świata za oknami może byłoby fajne, gdyby mogli przemieszczać się np za dnia i cokolwiek byłoby widać. Aczkolwiek z przypadłością Rookwooda tylko i wyłącznie noc wchodziła w grę. Noc, która zresztą w lecie była bardzo krótka. I czy po drodze Sauriel zadawał pytania, gdzie jadą i po co? Znaczy okej, gdzie jadą to zapytał, ale z ciekawości, nie dlatego, że sądził, że zaraz ich Mulciber wywiezie do jakiegoś Zakazanego Lasu czy innej głupoty. Teraz to ponoć nawet nie trzeba było do Zakazanego Lasu, wystarczy się kopnąć do Kniei, tam też ponoć licho straszy.
Spojrzał na Stanleya, który im bardziej rósł (i to nie wszerz) tym bardziej upodabniał się do swojego ojca. Nawet przejmował od niego tą głupią manierę chodzenia naprostowanym, szykowania wielkich przemów, a potem jeszcze sprawdzanie, czy książki w biblioteczce są równo. Dramat. Ale taki dramat, który Sauriel skomentował w głowie, a jednak się uśmiechnął pod nosem. Dawało to jakieś poczucie stabilności, bo Rookwood naprawdę nie lubił zmian i źle je przyjmował. Brak Robercika był zaś zmianą dużą. Na szczęście Stanley bardzo gładko przejął tę rolę dla samego Sauriela. Różnica była taka, że Robert wychowywał Sauriela, a Sauriel poczuwał się w roli ojcowskiej wobec Stanleya. To może tak naturalnie więc przychodziło..?
- Stanley. - Stanley naprawdę kochał przemowy. I gdyby był kimkolwiek innym to Saurielowi już by skończyła się cierpliwość i kazał "skończyć pierdolić i przejść do rzeczy". Ale jak słuchał Stanleya to zamiast się irytować (a może po prostu miał taki dobry humor?) to prawie tutaj zaczął się śmiać. - Jesteśmy zajebiści, wiemy to. Konkrety. - Ach, no Stanley miał w sobie coś po prostu takiego... taki natural born lider! Potrzebował tylko jeszcze jakichś 20 lat i będzie naprawdę jak stary Mulciber! Sauriel sięgnął po tę paczkę fajek Stanleya, żeby wyciągnąć sobie jedną fajkę, która sama z siebie rozżarzyła się, kiedy przyłożył ją do ust. Obserwował tą wizualizację. Kompletnie prostą. Tak jak prosty był plan. O tak, to właśnie lubił - bez zbędnego ustawiania szczegółów, których i tak nikt nie zapamięta. Prawdziwy Mulciberek.
- Poradzę sobie z wyczarowaniem Maledisa. - Jeśli mówimy już o sianiu paniki to się zaoferował. Plan brzmiał wyśmienicie zabawnie. - Ale jak chcesz jego głowę to mam nadzieję, że przygotowałeś tasak, albo jakiś bardzo ostry nóż. Nie chce mi się z tym szarpać. - Można powiedzieć, że człowiekowi nie chce się iść po zakupy, iść do pracy, wstawać rano z łóżka. Takim samym tonem, jak można mówić o tych sprawach - Sauriel powiedział o odcinaniu ludzkiej głowy. - A jak się zesra i gość zginie pod ruinami? Nie no kuurwa... musimy kolejną głowę targać? - Wywrócił oczami, krzywiąc się z niezadowoleniem. Łby zawsze były problematyczne.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.