18.10.2023, 23:12 ✶
Kiedy mówił Bottowi jakieś kompletne pierdoły, brzmiało to w jego głowie jakoś zupełnie inaczej, niż kiedy mówiła to Eden. Uruchomiło się w nim coś, czego sam w sobie nie znał.
Chciałby zapytać: „czy ty naprawdę jesteś zazdrosna”, bo na brodę Merlina, to się naprawdę cisnęło na usta po tym co powiedziała, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, bo on tutaj nadciągał, a poza tym nie przyprowadził jej tutaj, żeby się o coś pokłócili na oczach połowy jego znajomych. Nawet ktoś tak wyprany z rozsądku jak Moody... wiedział, jak źle by się to odbiło na absolutnie każdym, o Mavelle, którą dostrzegał w oddali, nawet nie chciał myśleć. Cokolwiek Malfoy o tym wszystkim sądziła, musiała zaakceptować, że ich dwójka funkcjonowała w pakiecie - nie dało się mieć osobno ludzi połączonych tak grubą nicią przeznaczenia, chyba że by się jednego z nich pozbawiło życia. Bertie był człowiekiem bezkonfliktowym, Alastor nieszczególnie. To znaczy - może w pewnym sensie był, bo wolał nie angażować się w takie najbardziej idiotyczne konflikty, jeżeli go nie dotyczyły, ale w momencie kiedy towarzysząca mu kobieta zaczęła wbijać mikroskopijne szpilki w jego najlepszego przyjaciela, przestało mieć szczególne znaczenie, że po Bottcie spływało to jak woda po kaczce - Alastor zdenerwował się za niego. Mógł być tym Aurorem, mógł pomagać absolutnie każdemu, mógł głodować, byle inni zjedli, ale nie zmieniało to przecież nic w tym, że wciąż był opryskliwym dziadem i czasami się po prostu nie hamował. Do głowy przychodziły mu więc odpowiedzi najgorsze z możliwych: „wiesz, że podobno mamy tak grubą nić przeznaczenia, że Bletchley aż złapał się za głowę”, albo zatapiając statek już całkowicie - że miała całkowitą rację, posądzając go o bycie (przynajmniej częściowo) pedałem.
Zamiast tego uśmiechnął się szeroko, chociaż bardzo widocznym było, jak mu mimowolnie warga zadrżała, bo Eden nastąpiła mu na odcisk. Jego irytacją dało się jednak najmocniej odczuć w tym, że na nic jej nie odpowiedział, nigdzie nie wtrącił swoich pięciu gorszy, ale gdyby tylko spróbowała od niego odejść, złapałby ją w pasie i przyciągnął do siebie szybciej, niż postawiłaby krok.
- Mogę udawać, że ratuję cię przed komarem - odszeptał.
Aż mu się przypomniało to, jak się pokłócili kilka lat temu o Nobby'ego Leacha. Że też w ogóle o tym zapomniał?
- Już się bałem, że mnie obłożyli tłuczkiem zbyt wiele razy, żebyś mnie poznała po tylu latach - jego uśmiech nabrał innego wyrazu - stał się o wiele bardziej łobuzerski. Młody Moody uśmiechał się po prostu głupio. Ten stary już tego czaru swobody w sobie nie miał - widać było, że sobie żartuje, ale to był żart celowy, wybrzmiewający zza maski dorosłości i był już w ten taki dorosły właśnie sposób... nieco drętwy. Bo to chociaż był wesołkiem i żartownisiem, wybitnie charyzmatyczny nie był, wielu by go przyrównało do sarkastycznej świni, ale nie wypadało, bo przecież codziennie ryzykował życiem w obronie niewinnych.
Przytulił ją do siebie, ale w sposób aż dobitnie koleżeński, pokusił się nawet na poklepanie jej po plecach, na znak tego, że chociaż w wieku nastoletnim leciał na Pandorę tak samo jak większość chłopaków w dormitorium, to dzisiaj mieli 1972 rok, więc to było dawno i nieprawda. Mógł się na Eden wkurwić ledwie pięć sekund temu, ale to nie znaczyło, że miał zamiar drażnić węża patykiem przez kraty. Zamierzał z tym wężem wrócić dzisiaj do domu. Mąż, jaki mąż, nie widzę tutaj nikogo...?
- Na pewno nie kupię sobie jutro kuponu na loterię i nie ukryję tego przed wszystkimi, żeby nie dzielić się wygraną. - Skrzyżował palce, niby to w niewidocznym miejscu, ale wiadomo było, o co mu chodzi.
A potem się zachwiał.
Okej, może jednak źle to wszystko w głowie ocenił, może nie powinien być taki szorstki, może... Może i Bott się na niego zaraz rozeźli, a może i już się rozeźlił, bo wszyscy nagle wydali mu się tacy odlegli. Zrobiło mu się momentalnie niedobrze, ale stał tak jak kołek, ani drgnął, może poza dłonią, co mu się zatrzęsła, bo był całkowicie pewny, że tylko on to widzi i czuje. Miał takie omamy... często dosyć, częściej niż wypadało przyznać...
Chciałby zapytać: „czy ty naprawdę jesteś zazdrosna”, bo na brodę Merlina, to się naprawdę cisnęło na usta po tym co powiedziała, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, bo on tutaj nadciągał, a poza tym nie przyprowadził jej tutaj, żeby się o coś pokłócili na oczach połowy jego znajomych. Nawet ktoś tak wyprany z rozsądku jak Moody... wiedział, jak źle by się to odbiło na absolutnie każdym, o Mavelle, którą dostrzegał w oddali, nawet nie chciał myśleć. Cokolwiek Malfoy o tym wszystkim sądziła, musiała zaakceptować, że ich dwójka funkcjonowała w pakiecie - nie dało się mieć osobno ludzi połączonych tak grubą nicią przeznaczenia, chyba że by się jednego z nich pozbawiło życia. Bertie był człowiekiem bezkonfliktowym, Alastor nieszczególnie. To znaczy - może w pewnym sensie był, bo wolał nie angażować się w takie najbardziej idiotyczne konflikty, jeżeli go nie dotyczyły, ale w momencie kiedy towarzysząca mu kobieta zaczęła wbijać mikroskopijne szpilki w jego najlepszego przyjaciela, przestało mieć szczególne znaczenie, że po Bottcie spływało to jak woda po kaczce - Alastor zdenerwował się za niego. Mógł być tym Aurorem, mógł pomagać absolutnie każdemu, mógł głodować, byle inni zjedli, ale nie zmieniało to przecież nic w tym, że wciąż był opryskliwym dziadem i czasami się po prostu nie hamował. Do głowy przychodziły mu więc odpowiedzi najgorsze z możliwych: „wiesz, że podobno mamy tak grubą nić przeznaczenia, że Bletchley aż złapał się za głowę”, albo zatapiając statek już całkowicie - że miała całkowitą rację, posądzając go o bycie (przynajmniej częściowo) pedałem.
Zamiast tego uśmiechnął się szeroko, chociaż bardzo widocznym było, jak mu mimowolnie warga zadrżała, bo Eden nastąpiła mu na odcisk. Jego irytacją dało się jednak najmocniej odczuć w tym, że na nic jej nie odpowiedział, nigdzie nie wtrącił swoich pięciu gorszy, ale gdyby tylko spróbowała od niego odejść, złapałby ją w pasie i przyciągnął do siebie szybciej, niż postawiłaby krok.
- Mogę udawać, że ratuję cię przed komarem - odszeptał.
Aż mu się przypomniało to, jak się pokłócili kilka lat temu o Nobby'ego Leacha. Że też w ogóle o tym zapomniał?
- Już się bałem, że mnie obłożyli tłuczkiem zbyt wiele razy, żebyś mnie poznała po tylu latach - jego uśmiech nabrał innego wyrazu - stał się o wiele bardziej łobuzerski. Młody Moody uśmiechał się po prostu głupio. Ten stary już tego czaru swobody w sobie nie miał - widać było, że sobie żartuje, ale to był żart celowy, wybrzmiewający zza maski dorosłości i był już w ten taki dorosły właśnie sposób... nieco drętwy. Bo to chociaż był wesołkiem i żartownisiem, wybitnie charyzmatyczny nie był, wielu by go przyrównało do sarkastycznej świni, ale nie wypadało, bo przecież codziennie ryzykował życiem w obronie niewinnych.
Przytulił ją do siebie, ale w sposób aż dobitnie koleżeński, pokusił się nawet na poklepanie jej po plecach, na znak tego, że chociaż w wieku nastoletnim leciał na Pandorę tak samo jak większość chłopaków w dormitorium, to dzisiaj mieli 1972 rok, więc to było dawno i nieprawda. Mógł się na Eden wkurwić ledwie pięć sekund temu, ale to nie znaczyło, że miał zamiar drażnić węża patykiem przez kraty. Zamierzał z tym wężem wrócić dzisiaj do domu. Mąż, jaki mąż, nie widzę tutaj nikogo...?
- Na pewno nie kupię sobie jutro kuponu na loterię i nie ukryję tego przed wszystkimi, żeby nie dzielić się wygraną. - Skrzyżował palce, niby to w niewidocznym miejscu, ale wiadomo było, o co mu chodzi.
A potem się zachwiał.
Okej, może jednak źle to wszystko w głowie ocenił, może nie powinien być taki szorstki, może... Może i Bott się na niego zaraz rozeźli, a może i już się rozeźlił, bo wszyscy nagle wydali mu się tacy odlegli. Zrobiło mu się momentalnie niedobrze, ale stał tak jak kołek, ani drgnął, może poza dłonią, co mu się zatrzęsła, bo był całkowicie pewny, że tylko on to widzi i czuje. Miał takie omamy... często dosyć, częściej niż wypadało przyznać...
fear is the mind-killer.