19.10.2023, 02:13 ✶
Chłód pozwalał jej na koncentrację, próbę zachowania logicznego i rozsądnego myślenia, co nie było proste, zważywszy na efekt, który narzucał lub też potęgował wianek. Dla niej właściwie wszystko było prostsze, niż uzewnętrznianie się, rozmowa o emocjach i o tym, jak nie umiała sobie z nimi poradzić lub ich zinterpretować. Nie bez powodu nazywano ją Królową Śniegu. Zwykle działały maski, ale przecież przy Louvainie dawno zaczęła je porzucać, pozwalając mu na zmniejszenie dystansu pomiędzy nimi. Nawiązanie więzi fizycznej nie było wyzwaniem, problem stanowiła ta intymna, zakrawająca o zaufanie i poczucie absolutnej pewności, która owocowała tym, że jedno za drugiego mogłoby oddać życie. A Cynthia nie wiedziała i nie rozumiała, na czym stoi. Przymknęła na kilka sekund oczy, pozwalając sobie na oczyszczenie umysłu, chociaż sama obecność ciemnowłosego Czarodzieja jej tego nie ułatwiała. Wiedziała, że jemu też jest ciężko, nie tylko jej z tym wszystkim. Miał intensywny okres w życiu, zarówno przez nietypową przypadłość, jak i sprawy z Lorettą i jego zadania, jako Śmierciożercy. Gdyby ktokolwiek wiedział, że jej o tym wspomniał, obydwoje byliby w poważnych tarapatach.
Nie chciała iść na Beltane, nigdy nie chodziła na Beltane, a jak już, to nie brała udziału w atrakcjach związanych z ogniskiem i kwiatami, bo wydawały się jej takie na pokaz. Diabeł ją podkusił, żeby dała mu ten wianek, ale kwiaty przecież wybrała sama. I potem wszystko się zmieniło. Przestała na niego patrzeć tak, jak robiła to do tej pory — pomagała mu, byli przyjaciółmi. A teraz sama już nie wiedziała, czy ma urojenia, czy faktycznie i prawdziwie zaczęły się pojawiać w jej sercu jakieś uczucia, chociaż strasznie to brzmiało w jej głowie. Wszystko, co pozbawiało ją kontroli, było straszne. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, też pomyślała o ich ostatnim spotkaniu. To, że poprosił akurat ją o ponoć, wiele dla niej znaczyło. Tylko czy nie zawsze ją o to prosił? Czy nie zawsze ratowała go, gdy tego potrzebował, nie chcąc właściwie niczego w zamian, bo była silną i niezależną kobietą? No i miał przede wszystkim narzeczoną. I dziwną relację z siostrą. I w ogóle był Louvainem -popularnym chłopakiem, który szukał uniesień. Był absolutnie niewłaściwy dla niej pod każdym względem. A jednak świdrowała go wzrokiem, a jej twarz była nad wyraz łagodna i spokojna, pomimo chaosu, który tlił się w jej wnętrzu.
Na stwierdzenie, że jest zbyt aksamitna do wódki, pokręciła jedynie głową i wywróciła oczami, nie komentując również jego przyznania jej racji, bo akurat liczyła, że zaprzeczy i że sobie tylko wyolbrzymiała. Przesunęła długie pasma włosów na bok, wciąż starając się powtarzać w głowie to, co chciała mu powiedzieć, bo teraz tak łatwo ją rozpraszał i zbijał z tropu. Jego uśmiech sprawił, że i ona się uśmiechnęła, czując delikatne ciepło na policzkach. Przyłożyła dłoń do swojego policzka i westchnęła ciężko. - Wziąłeś mój wianek na Beltaine.
Zauważyła, jakby chciała wszystko tym wytłumaczyć. Nieprzywykła do takich reakcji, zwykle rumieniła się lub płakała na zawołanie, a nie dlatego, że faktycznie tego potrzebowała lub taką reakcję miał jej organizm. Wystawiała mu się jak jakaś durna gęś myśliwemu. Jej ciało nieco się spięło, gdy zmniejszył dzielącą ich odległość i odszukała jego czarnych oczu, powstrzymując się, aby nie gapić się na tatuaże oczywiście. - Nie wiem, o czym mówisz. Napije się tego, co mi wybierzesz.
Uśmiechnęła się słodko, niewinnie, ba, nawet wzruszyła ramionami, siadając wygodniej na kanapie. Wygładziła sukienkę kolejny raz, pozbywając się z niej niewidzialnych drobinek. Jak niby miała zacząć rozmowę? Przeciągała więc, łapiąc się uprzejmości, patrząc w kominek. Miał przytulny dom, chociaż brakowało tu kobiecej ręki, co było dziwne, bo przecież powinna tu już działać jego przyszła małżonka.
Gdy skomentował, ba, właściwie zignorował jej wypowiedź, zacisnęła nieco wargi, powstrzymując się przed tym, aby mu odpyskować o dobrym wychowaniu, bo przecież takie rzeczy były dawno za nimi. Znała je jednak i trzymała się ich kurczowo. Wyprostowała się jak struna, gdy usiadł obok, a w głowie wciąż rozbrzmiewał sposób, w jaki wypowiadał jej imię. Idąc jego śladem, dziewczyna przesunęła się i usiadła tak, aby go widzieć — bo tak wypadało i tak należało okazywać szacunek, chociaż wcale nie było to proste. Wiedziała, że będzie ciągle łapał z nią kontakt wzrokowy, a to akurat dziś nie było Flintównie na rękę. Wzięła od niego kieliszek i kiwnęła głową w podziękowaniu, przysuwając go bliżej siebie. Wino ładnie pachniało, kwiatami i owocami, kojarzyło się jej z posiadłością na wsi, gdzie byłby wielki sad. - Wziąłeś mój wianek na Beltaine. - powtórzyła w końcu, wzruszając delikatnie ramionami. Wbiła w niego spojrzenie, zwilżając usta, obracając kieliszek w dłoni. - Czytałeś artykuł w proroku? Nie sądziłam, że ich magia jest prawdziwa, myślałam, że to tylko plotki. A przez te cholerne ogniska i wianki.. Nie mogę powiedzieć, że nie rozumiem ich efektu, ale zaczynam się gubić w tym, co jest prawdziwe, a co jest narzucone. Tyle lat byliśmy po prostu.. Cynthią i Louvainem. Dbałam o Ciebie i Twoje zdrowie, pomagałam Ci, gdy tego potrzebowałeś. Traktowałeś mnie, jak przyjaciółkę i też o mnie na swój sposób dbałeś, ot co. A teraz? Teraz rumienię się na Twój widok, bo wziąłeś moje kwiaty.
Wyjaśniła mu dość nieporadnie i niewinnie, odrobinę przy tym gestykulując. Nie miała w życiu wielu relacji, które można by nazwać intymnymi, a w przeciwieństwie do niego, jej jedyne doświadczenia, sięgały jej chłopaka ze szkoły i kilku randek z Cathalem, nie licząc przypadkowych mniej lub bardziej pocałunków z Louvainem. Wszystko inne — każde spotkanie, każdy gest wykonany w stronę kogoś, kto nie był kimś z wymienionej trójki, był nieszczery i użyty po to, aby coś osiągnąć. Machinalny, sztuczny, zupełnie, jakby przeprowadzała sekcję, nie wzbudzało to w niej emocji. Może nawet mniej niż sekcja.
Nie chciała iść na Beltane, nigdy nie chodziła na Beltane, a jak już, to nie brała udziału w atrakcjach związanych z ogniskiem i kwiatami, bo wydawały się jej takie na pokaz. Diabeł ją podkusił, żeby dała mu ten wianek, ale kwiaty przecież wybrała sama. I potem wszystko się zmieniło. Przestała na niego patrzeć tak, jak robiła to do tej pory — pomagała mu, byli przyjaciółmi. A teraz sama już nie wiedziała, czy ma urojenia, czy faktycznie i prawdziwie zaczęły się pojawiać w jej sercu jakieś uczucia, chociaż strasznie to brzmiało w jej głowie. Wszystko, co pozbawiało ją kontroli, było straszne. Przesunęła spojrzeniem po jego twarzy, też pomyślała o ich ostatnim spotkaniu. To, że poprosił akurat ją o ponoć, wiele dla niej znaczyło. Tylko czy nie zawsze ją o to prosił? Czy nie zawsze ratowała go, gdy tego potrzebował, nie chcąc właściwie niczego w zamian, bo była silną i niezależną kobietą? No i miał przede wszystkim narzeczoną. I dziwną relację z siostrą. I w ogóle był Louvainem -popularnym chłopakiem, który szukał uniesień. Był absolutnie niewłaściwy dla niej pod każdym względem. A jednak świdrowała go wzrokiem, a jej twarz była nad wyraz łagodna i spokojna, pomimo chaosu, który tlił się w jej wnętrzu.
Na stwierdzenie, że jest zbyt aksamitna do wódki, pokręciła jedynie głową i wywróciła oczami, nie komentując również jego przyznania jej racji, bo akurat liczyła, że zaprzeczy i że sobie tylko wyolbrzymiała. Przesunęła długie pasma włosów na bok, wciąż starając się powtarzać w głowie to, co chciała mu powiedzieć, bo teraz tak łatwo ją rozpraszał i zbijał z tropu. Jego uśmiech sprawił, że i ona się uśmiechnęła, czując delikatne ciepło na policzkach. Przyłożyła dłoń do swojego policzka i westchnęła ciężko. - Wziąłeś mój wianek na Beltaine.
Zauważyła, jakby chciała wszystko tym wytłumaczyć. Nieprzywykła do takich reakcji, zwykle rumieniła się lub płakała na zawołanie, a nie dlatego, że faktycznie tego potrzebowała lub taką reakcję miał jej organizm. Wystawiała mu się jak jakaś durna gęś myśliwemu. Jej ciało nieco się spięło, gdy zmniejszył dzielącą ich odległość i odszukała jego czarnych oczu, powstrzymując się, aby nie gapić się na tatuaże oczywiście. - Nie wiem, o czym mówisz. Napije się tego, co mi wybierzesz.
Uśmiechnęła się słodko, niewinnie, ba, nawet wzruszyła ramionami, siadając wygodniej na kanapie. Wygładziła sukienkę kolejny raz, pozbywając się z niej niewidzialnych drobinek. Jak niby miała zacząć rozmowę? Przeciągała więc, łapiąc się uprzejmości, patrząc w kominek. Miał przytulny dom, chociaż brakowało tu kobiecej ręki, co było dziwne, bo przecież powinna tu już działać jego przyszła małżonka.
Gdy skomentował, ba, właściwie zignorował jej wypowiedź, zacisnęła nieco wargi, powstrzymując się przed tym, aby mu odpyskować o dobrym wychowaniu, bo przecież takie rzeczy były dawno za nimi. Znała je jednak i trzymała się ich kurczowo. Wyprostowała się jak struna, gdy usiadł obok, a w głowie wciąż rozbrzmiewał sposób, w jaki wypowiadał jej imię. Idąc jego śladem, dziewczyna przesunęła się i usiadła tak, aby go widzieć — bo tak wypadało i tak należało okazywać szacunek, chociaż wcale nie było to proste. Wiedziała, że będzie ciągle łapał z nią kontakt wzrokowy, a to akurat dziś nie było Flintównie na rękę. Wzięła od niego kieliszek i kiwnęła głową w podziękowaniu, przysuwając go bliżej siebie. Wino ładnie pachniało, kwiatami i owocami, kojarzyło się jej z posiadłością na wsi, gdzie byłby wielki sad. - Wziąłeś mój wianek na Beltaine. - powtórzyła w końcu, wzruszając delikatnie ramionami. Wbiła w niego spojrzenie, zwilżając usta, obracając kieliszek w dłoni. - Czytałeś artykuł w proroku? Nie sądziłam, że ich magia jest prawdziwa, myślałam, że to tylko plotki. A przez te cholerne ogniska i wianki.. Nie mogę powiedzieć, że nie rozumiem ich efektu, ale zaczynam się gubić w tym, co jest prawdziwe, a co jest narzucone. Tyle lat byliśmy po prostu.. Cynthią i Louvainem. Dbałam o Ciebie i Twoje zdrowie, pomagałam Ci, gdy tego potrzebowałeś. Traktowałeś mnie, jak przyjaciółkę i też o mnie na swój sposób dbałeś, ot co. A teraz? Teraz rumienię się na Twój widok, bo wziąłeś moje kwiaty.
Wyjaśniła mu dość nieporadnie i niewinnie, odrobinę przy tym gestykulując. Nie miała w życiu wielu relacji, które można by nazwać intymnymi, a w przeciwieństwie do niego, jej jedyne doświadczenia, sięgały jej chłopaka ze szkoły i kilku randek z Cathalem, nie licząc przypadkowych mniej lub bardziej pocałunków z Louvainem. Wszystko inne — każde spotkanie, każdy gest wykonany w stronę kogoś, kto nie był kimś z wymienionej trójki, był nieszczery i użyty po to, aby coś osiągnąć. Machinalny, sztuczny, zupełnie, jakby przeprowadzała sekcję, nie wzbudzało to w niej emocji. Może nawet mniej niż sekcja.