Nie, oczywiście, że to nie był łatwy temat. Gdyby był, to Victoria „chwaliłaby” się, że nie nosi już pierścionka, wszyscy co mieli wiedzieć już by wiedzieli, a tymczasem… Milczała. Bo nie znajdowała na to wszystko słów. Co miała mówić? „Hej dostałam kosza od wampira?” – matko jak to absurdalnie brzmiało… Więc nie tyle nie mówiła wiele, co nie mówiła nic. Wpadła tutaj do New Forest gdy wszystko ją przygniotło, ale wtedy jeszcze ten pierścionek miała, a teraz… Odniosła wrażenie, że i tak nikt nie zwracał na to uwagi. Jednak się myliła – Brenna zauważyła jego brak.
Powoli uniosła ramiona, by zaraz je opuścić, nie wiedząc co odpowiedzieć na słowa przyjaciółki, o tym, że wszyscy Rookwoodowie to nieuleczalni kretyni. Może coś w tym było… Westchnęła cicho i spuściła nieco wzrok, mimo tego, że czuła na sobie spojrzenie Longbottom. Jej mina była… nie uśmiechała się rzecz jasna. Ale nie wyglądało też, by była bliska płaczu. Sama Victoria czuła się po prostu jakby stała gdzieś obok tego w jakiś sposób, być może treningi oklumencji i wyciszania umysłu były tutaj przydatne na tym etapie – właściwie miesiąc po tym, jak facet złamał jej serce. A niby czemu? Przecież ta relacja kręciła się od początku grudnia, ale dopiero w lutym nabrała rozpędu. To nie było nie wiadomo ile czasu, ale człowiek zdążył się przywiązać, poznać, i…
– Och, Brenn – odpowiedziała jej na ten żart, kiedy stwierdziła, że łatwiej byłoby, gdyby nagle uznały, że wolą kobiety i uciekły stąd gdzieś razem – i żyły długo i szczęśliwie. – Szkoda. Może gdyby któraś z nas była facetem, to nasi rodzice już dawno by nas spiknęli i byłby święty spokój – spróbowała się uśmiechnąć odpowiadając na ten żart, bo wiedziała, że to nie na poważnie. No nie dało się zmienić płci, ani tego, że obie wolały mężczyzn.
Victoria wahała się przez chwilę.
– Wszystko zaczęło się… psuć… po tym jak zerwaliśmy tę… to coś u klątwołamacza – powiedziała krótko. A więc niedługo po rozmowie, jaką ze sobą odbyły w lesie. – Wiesz, dotychczas Sauriel raczej starał się trzymać dystans, a po tym jak już to złamaliśmy, to nagle mu się odmieniło i… i zachowywał się jakby mu zależało. Zapytałam go co się dzieje, bo no… myślałam, że może coś się pomieszało po tym łamaniu klątwy. Od słowa do słowa wyszło, że zaczął się tak zachowywać, żeby było miło, bo myślał, że ja chcę i… powiedziałam mu, że nie chcę niczego udawać. A on, że nie chce się ze mną żenić, że nic z tego nie będzie, że co najwyżej to on jest mną zauroczony, nic więcej… takie tam – bardzo skrótowo powiedziała Brennie co miało miejsce, ale potem było jeszcze gorzej, tylko… Nie mogła jej przecież powiedzieć, że pokazał jej Mroczny Znak i że go zmuszono do bycia Śmierciożercą. To nadal było… No złamało jej to serce. Wszystko dookoła. – Później spotkaliśmy się znowu, gadał coś o tym, że muszę pozwolić mu odejść. Wtedy zaczął już mówić o tym, żeby zerwać te zaręczyny. Że będę nieszczęśliwa. Dziwnie się zachowywał – nie mogła też powiedzieć, że zaproponował jej, że zabije jej matkę… Na co się zresztą nie zgodziła. – No a kilka dni później próbował się spalić na słońcu – dodała, jak gdyby nigdy nic, ale to ją absolutnie rozwaliło. – Wyciągnęli mnie z łóżka w połowie nocy, szukałam go z jego ojcem chyba wszędzie. I zdążyliśmy w ostatniej chwili… No a półtorej tygodnia później było już po zaręczynach. Tyle – dokończyła kulawo. Właśnie w kilkunastu zdaniach streściła Brennie swoje „życie sercowe”, które w zasadzie nie istniało.
Tak jakby nie mogła spotkać normalnego faceta, któremu by się spodobała, on spodobałby się jej… Nie. Ona nigdy nie była niczyim wyborem i boleśnie zdawała sobie z tego sprawę.
– A ty? Czemu nie jesteś szczęśliwa? – zapytała po chwili, bo nie umknęły jej słowa Brenny.