Uśmiechnęła się, słysząc roztaczaną przez Brennę wizję. Kwiaty. Kochała kwiaty, ale Sauriel nigdy jej ich nie przynosił… To znaczy przynosił, ale to były bukiety robione przez jego matkę, a swój, własnoręczny, przyniósł raz. Był byle jaki, bo nie był z kwiatów ciętych, a zerwał je sam i w tej prostocie ujął Victorię za serce… ale to było dawno. Normalnie kwiatów jej nie znosił, tylko słodycze.
– Haha, chyba nigdy mi i twojemu bratu nie było razem po drodze – odpowiedziała bez cienia żalu. Cynthia też w którymś momencie chciała, by jej brat bliźniak zszedł się z Victorią i równie mocno się to nie udało. Ale to nic, było jak było.
Oczywiście, że była smutna. Odrzucenie nigdy nie było proste, tym bardziej, kiedy spędzasz z kimś sporo czasu i kiedy przez półtorej miesiąca ciągnie cię do kogoś… nawet jeśli było to podbite jakąś starą magią. Ale po tym, co przydarzyło się w Limbo Victoria… po prostu przestała się bronić przed tym i wzbraniać; zrozumiała, że ma tylko jedno życie, a Sauriel, choć jest wampirem… nadal był też człowiekiem, który czuje. To, że można wampira na powrót zamienić w człowieka przyszło później – i powodowało w głowie Victorii kolejny mętlik i konflikt. Wiedzy o tym co jest koronnym składnikiem kamienia filozofów nie przekazała nikomu. Absolutnie nikomu. I to była kolejna tajemnica jaką w sobie skrywała, a która ją gniotła. Cała kolia z kamieni… – ciągle miała tę wizję przed oczami. Teraz już przynajmniej wiedziała co to jest i co się właściwie dzieje, ale wycieczka po wspomnieniach Elizabeth Crouch-Parkinson nie była prostą przygodą, a jazdą bez trzymanki kolejką górską. Prosto w dół.
– Może i upadł. Ale na nim rany goją się same, nawet jeśli go bolą. Nie potrzebuje uzdrowiciela – chociaż Victoria uważała, że ten jednak by mu się przydał, bo nie życzyła mu cierpienia jakiego doznawał. Bo to, że się zagoi, nie znaczyło, że nie czuje przecież bólu. – Wiesz co mi powiedział? Że jestem jego inspiracją do życia. A kilka dni później próbował się zabić – to też bolało. Nie umiałaby chyba wskazać co w tym wszystkim zabolało najbardziej, a konkurencja była naprawdę mocna. – Bo ja będę – odpowiedziała Brennie i westchnęła cicho. – Idę na rekord, wiesz? Pierwsze narzeczeństwo wytrzymało dwa miesiące zanim Rosier zginął – ale za tym nie rozpaczała, bo naprawdę go nie znosiła. Co nie znaczyło, że życzyła mu źle. Życzyła mu dobrze, tylko z dala od niej. – To wytrzymało bardzo podobnie. Magiczna bariera dwóch miesięcy – i narzeczony też mógł skończyć martwy… znaczy bardziej martwy niż był obecnie. To też nie nastrajało jej pozytywnie i kobieta spojrzała znowu na swoje dłonie. Dotyk Brenny był miły, bo choć odrobine nie czuła się tak samotna jak była. – Nie wiem co ze mną jest nie tak – powiedziała w końcu, bo łatwo było odkryć, że pewność siebie Victorii poleciała na łeb na szyję.
– Tak, ale… Sama powiedziałaś mi, że szkoda, że obie nie możemy nagle stwierdzić, ze lubimy inną płeć. Wszystko w porządku, Brenn? – nie dawała za wygarną, ale to nie tak, że chciała Brennę naciskać. Z drugiej strony nigdy nie widziała jej przy mężczyźnie w takim sensie – czyli innym niż kumpelskim. – Przeczytałam te książki – przyznała po chwili. – To bardzo mądre słowa – nawet jeśli napisane przez mugola.