To było całkowicie słodkie, jak Lorraine się nie doceniała. Och, ona już miała owiniętego Sauriela wokół paluszka! Jej szczęście polegało na tym, że Rookwood nigdy nie zastanawiał się, że może być w swojej niebiańskiej urodzie kimś więcej niż czarownicą czystej krwi, że może w sobie nosić prawdziwego demona, sukuba wodzącego na pokuszenie, a nie być po prostu urodzoną mącicielką. Dobra jej. W zasadzie to czy dla wili jej czar nie był tym, co ludzie lubili nazywać naturalną charyzmą? W każdym razie - nieprawidłowości w jego własnym funkcjonowaniu nie zostały podjęte do jakiejkolwiek analizy, bo nie odniósł wrażenia, żeby Lorraine próbowała go kontrolować w żadnym stopniu. Może jego sympatię, ale tą już miała, więc czemu niby miałby się stroszyć z tego powodu? Kto nie lubił być głaskanym z włosem niech pierwszy rzuci kamieniem. A i czasem pod włos można było pogłaskać, jeśli rączka była odpowiednio milusia. Wiecie - taki swój zapach, odpowiednie czułości i w ogóle. Problem robił się tylko wtedy, kiedy ktoś go robił w chuja. A że Malfoyówna tego nie chciała - o tym miał się dopiero dowiedzieć.
Gdyby mu Loraine zaś powiedziała, że trzęsie całym Nokturnem, to oplułby się własną śliną (której nie ma) i zakrztusił nią (chociaż nie musiał oddychać).
Spoglądał na to lustro. Na swoje odbicie w nim. Kiedyś nienawidził tego, czym się stał i kim się stawał. Odbicie w lustrze było jego największym wrogiem, bo nie pozostawało powiedzieć nic poza tym, że tak, tak, ten w lustrze to niestety ja. Najlepszym katem byliśmy nie raz i dwa my sami dla siebie samych - nikt tak dobrze nie przeinaczy w twoim wnętrzu faktów, nie zacznie samobiczowania i nie sprowadzi siebie samego na dno. Choć uwarunkowania świata były do tego konieczne. Teraz patrzył na te rozbite kawałki i nawet zrobił zadowoloną minę, poprawiając skórę na swoich szerokich barkach. Gdyby tu stało lustro, które nie nosiłoby na sobie złamań życia (które Lorraine nosiła w równie zepsutym serduszku) całość nie miałaby takiego wyrazu i charakteru. Chociaż on gówno się znał na tajemnicach. Jego mrocznym sekretem było to, że miał w szafie różowe, puchate poduszeczki i maskotki, z którymi uwielbiał się wylegiwać na łóżku. Jakby się to wydało to kurwa, jego reputacja w tym miejscu poszłaby się jebać po równi pochyłej... Przesunął oczy z odbicia swojego na odbicie Lorraine. To, jak balansowała na swoich granicach i jak tańczyła z nim (nadawała temu rytm, chyba zdawała sobie z tego sprawę) było znów takim samym pytajnikiem jak poprzednim razem, kiedy przyszedł tu ze Stanleyem. Pytanie brzmiało: pogrywa ze mną czy jednak traktuje to śmiertelnie poważnie? Będzie chciała grać tak, żeby wygrać, czy może jednak będzie chciała grać tak, by wygrać wspólnie? Za łatwo było tu o osoby, które chciały zrobić cię w chuja - dlatego reputacja była taka ważna. Dlatego większość ludzi w podziemnych ścieżkach i na Nocturnie znała jego pseudonim (bo niekoniecznie imię). W całym życiu chodziło przecież o to, żeby się dorobić, ale nie zatyrać. Odpowiedź na to pytanie również miała przyjść. Lorraine tutaj budowała swój klimat, jakby chciała odsłonić przed nim naprawdę wspaniałe przedstawienie. Zagwarantować, że będzie coś wspanialszego od tego rozbitego lusterka.
- Co? - W jego głosie zabrzmiał śmiech, kiedy obrócił się w kierunku Lorraine unosząc jedną brew i patrząc na nią z lekkim niedowierzaniem tego, co usłyszał. Zaszczyt, że jestem tu z tobą? A co to kurwa był niby za zaszczyt? Czy on był jakimś paniczyskiem z domu czystej krwi, żeby a tak. Moment. No tak... W każdym razie - żaden to zaszczyt. Nie był jeszcze nikim ważnym w tym świecie, jego własnym zdaniem, chociaż niektórzy wokół niego zdecydowanie go przeceniali. Stanley na ten przykład. Już nie próbował mu nawet mówić, żeby przestał, bo to było w kurwę zabawne, ale jego bratnia dusza, druga połowica, czy jakby jeszcze Stanleya nie nazwać, potrafiłby mu klaskać, gdyby ten tylko stał i zapomniał, co miał zrobić. Stanley by się zaraz zachwycał, jak to Sauriel to cool rozegrał. - No w chuj zaszczyt, na pewno... - Keknął sobie dalej, przyjmując, że jednak mu się nie przesłyszało, a że nie wiedział nawet, jak to drgnięcie głosu miał zinterpretować to nie interpretował wcale. Przez moment tylko ją czujnie obserwował. Zastanawiał się, czy wyczuje strach. Lorraine była jednak świetną aktoreczką. Gonienie się z nią byłoby jak kłapanie gazeli przy nóżkach paszczą, kiedy ona w ostatniej sekundzie zabierałaby ją dalej od kocich zębisk.
Powiedzenie, że kupiła jego zainteresowanie było jak nie powiedzenie niczego. Jego oczy otworzyły się szerzej, kiedy to zobaczył i zrobił kilka kroków w kierunku tej przygotowanej mapy myśli łączącej wszystko ze wszystkim. Ale dojebane. Perfekcja. Spojrzał właśnie na perfekcjonizm, na jaki nawet nie liczył, a kiedy słuchał to wraz z każdym kolejnym zdaniem rósł milimetr jego uśmiechu. W końcu został uśmiech, który obnażał jego kły przystosowane do wbijania się w ludzką szyję. Ba... do rozdzierania ludzkich gardeł. Takich miękkich i delikatnych...
- To były płotki. - Rzucił na jej komplement o ich współpracy ze Stanleyem. Nie było czego chwalić - tak jego zdaniem. Sauriel nawet dobrze nie zdążył poczuć, że w ogóle się bawi, a tamci już leżeli. Ale Stachu się pobawił - o, to na pewno. Zamierzał też dać pobawić się Maeve w swoim czasie, kiedy na to spojrzał. Zbliżył się do tej tablicy i sięgnął po zdjęcie Elddira. Zjebanego mentalnie gościa, który tutaj sprawiał problemy. Sauriel nie oddychał, więc momentami naprawdę zamierał w bezruchu jak dotknięty zaklęciem - tak jak teraz, kiedy wpatrywał się głodnymi oczami w oczy tego człowieka. Pierwszy raz go widział, choć rzeczywiście jego ksywa przemknęła gdzieś koło niego raz czy dwa. Obrócił się powoli półprofilem do Lorraine, spoglądając na nią z wyraźnie wymalowanym na facjacie zadowoleniem. Rozkosznym wręcz zadowoleniem, które obejmowało go całego. Chciał dobrych informacji, dostał naprawdę perłę wśród świń. Uderzał lekko zdjęciem o palce drugiej dłoni, przeciągając to milczenie, aż w końcu w tym uznaniu pokiwał parę razy głową i otworzył ramiona, prostując się.
- Nooo, Lorraaaineee..! - Bardzo rzadko Rookwood mówił do kogokolwiek po imieniu. BARDZO rzadko. A tym bardziej całym imieniem, bo jeszcze skrótem mu się zdarzało. Zazwyczaj nadawał ludziom dziwne ksywy, a czasami rzucał jakimiś pierwszymi lepszymi określeniami, które mu do łba wpadły. Ale tutaj wypowiedzenie tego imienia było wręcz konieczne. Obowiązkowe. Wobec uznania i szacunku, jaki zyskała w jego oczach. A może to była tylko fałszywa mapa i kiedy wpadnie już jak pies myśliwski na trop (w końcu Śmierciożercy puścili smycz i zdjęli mu kaganiec) to wszystko to okaże się grubymi nićmi szyte i będą się zgadzać tylko ksywy, albo i nie to. - Jeśli to wszystko prawda, to właśnie zostałaś moją ulubienicą tego łez padołu. - Nie przytulił jej, o nie. Spojrzał jeszcze raz na tę tablicę, ale zostawił to - zaraz do tego wróci. Teraz podszedł do tej sukubicy, opierając się ręką obok niej. - To - Pomachał zdjęciem przed jej nosem, bardzo celowo zabierając jej konieczną do funkcjonowania przestrzeń osobistą - jest warte więcej niż pieniądze. - To było oczywiste. Nie lubił grania w ukryte karty, nie lubił kręcenia, nie lubił udawania, że nie nieee, to inaczej, albo: że to prezent! Nie ma takich prezentów. Albo raczej - były, ale od osób bliskich, albo naprawdę już zaufanych. Sauriel nie lubił niespłaconych długów, które w dodatku były długami o nieznanej wartości. Bo to, co mu sprezentowane były naprawdę warte coś więcej. Przede wszystkim było wyrokiem na bardzo wielu ludzi - Lorraine musiała zdawać sobie z tego sprawę. Więc i musiała wierzyć w to, że kiedy on te informacje dostanie to naprawdę zaprowadzi w tej części przynajmniej Nocturnu porządek, co też było ciekawe i zastanawiające. Ale nie pytał. Tak jak udał, że przy okazji tego śledztwa nie znalazła informacji o nim. Przecież w tym momencie było tak dla nich wygodnie, prawda? - Chcesz podpisać ze mną cyrograf? Bardzo, bardzo mi zaimponowałaś. Aż bym cię schrupał z tego napływu emocji. - Spojrzał na jej łabędzią szyjkę i... zrobił dwa kroki w tył. Lekkie. Nie było nawet słychać, jak się poruszał. Żadnego szelestu, dźwięku na tych starych deskach. - Powiedz, kogo trzeba tu odjebać, żeby mieć cię tylko dla siebie, hmm?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.