22.10.2023, 17:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2023, 22:12 przez Diana Mulciber.)
Dni takie jak ten, Diana spędzała zazwyczaj pławiąc się w frywolnych przyjemnościach doczesności, na które środek tygodnia wpisany w żmudną pracę w Ministerstwie, najczęściej nie pozwalał. Odsypiała piątkowe eskapady, włóczęgi po ulicach Londynu skąpanych w półmroku licho tlących latarni. Niektóre z tych wieczorów poświęcała zapijaniu smutków życiowej wegetacji, jeszcze innym składała na ołtarzu męskie serca, schwytane brutalnie i rzucone w zjadliwe kleszcze jej ulotnych kaprysów.
Dzisiaj również może to uczynić. Ale za jasną cholerę nie jest w stanie sobie przypomnieć, na jaką imprezę się właściwie wybiera. Przebąkiwań szwagra o ratowaniu czyjegoś honoru nie pamięta. Pomruki wyobraźni i pamięci nie są w stanie wyciosać z eteru solidnego obrazu sytuacji, ale to nie szkodzi.
Wie gdzie ma się stawić, a to najważniejsze.
Na miejsce, z bilecikiem, który Alex wcisnął jej w ręce, wpada okryta atramentowym płaszczem, pod którym skrywa czarną, koronkową suknię z odkrywanymi rękawami. Spojrzenie nieobecne, skryte za cudacznie grubymi, szkłami ciemnych okularów, omiata sylwetki zgromadzone w loży przeznaczonej dla Bardzo Bogatych Ludzi. Dostrzega Alexa z Lorettą; dalej zaś postacie znane i mniej znane; skojarzone i już mylące się w poszatkowanej pamięci. Wie, że jej się przypatrują, wszak jej imię nie zdążyło jeszcze zniknąć z okładek szmatławców, aluzyjnie oskarżających ją o próbę zamordowania własnego męża.
Ach, Donald, zakała rodu spierdoleńców, zasiedlony w lokalnym warzywniaku (jako warzywo) w końcu dawał jej spokój. Na samą tą myśl, uśmiech przybłąkałby się do kącików jej ust, gdyby tylko nie drobne potknięcie zaserwowane gapiom, którzy akurat zerkają w jej kierunku. Mulciber stęka zrozpaczona, gdy uświadamia sobie, że założone na nos szkła, z każdą sekundą przyciemniają się, kompletnie blokując obraz z zewnątrz.
– Ja pierdole, co to ma być – sapie pod nosem, w momencie gdy okulary samoistnie resetują się do poziomu zero, czyli całkowitej ciemności. Może to odpłata potężnego, mugolskiego Boga, który próbował zemścić się na wszystkich czystokrwistych degeneratach, zaczynając od destrukcji ich magicznych gadżetów, a Diana miała być jedną z pierwszych ofiar.
– Alex, ja nic nie widzę, ratuj mnie – wtrąca się zdesperowana do jego rozmowy z Lestrange, a gdyby tylko mogła, to pociągnęłaby Lorettę i każdą inną paniusię z łokcio-bara, ale nie może. Jest za niska, no i nie trafi, bo oślepła.
– Ja też nie, siadaj babo – odpowiada facet siedzący nieopodal.
Mulciber nie przejmuje się brakiem manier, nie zważa też na zamęt jaki rozstawia po kątach wejściem swojej niezwykle nieważnej osoby.
Po raz pierwszy zerka zaś na arenę i odczuwa euforię na miarę odkrywców nowych lądów – a więc to nie jest konkurs tańca tak jak podejrzewała, ale prawdziwy pojedynek na zaklęcia!
Chwasty trzeba wyrywać.