– Każdy ma swoją granicę – odpowiedziała cicho na słowa Brenny. Być może jej granica przyszła bardzo późno, ale lepiej późno niż wcale. Czasami potrzeba było doświadczyć wiele złych rzeczy, żeby znaleźć w sobie siłę do wyrwania się z czegoś, co szkodziło. A ta siła przychodziła z różnych źródeł – Victoria walczyła o to od maja, ale wcale nie po to, by wyrwać się z duszącego ją narzeczeństwa, a trochę… dzięki niemu. Martwiła się o Sauriela i chciała go wyrwać z tego przeklętego domu, a do tego potrzeba było trochę niezależności. Tą chciała zdobyć sławą. Zaś teraz robiła to dla siebie. Bo nie zniosłaby trzeciego poznawania jakiegoś mężczyzny, którego wcale by nie chciała. Jeśli miała się z kimś zaręczyć, to tym razem jedynie na swoich warunkach. Ktokolwiek miałby to być – i niezależnie od tego, czy to będzie się jej rodzicom podobać czy nie. Miała serdecznie dość robienia wszystkiego dla rodziny, kiedy oni nie dawali w zamian tego samego – bo swoimi decyzjami ją zwyczajnie ranili. Była ciekawa, czy kiedykolwiek jej matka to dostrzeże. – Dzięki. Czekam na odpowiedni moment – przyznała po chwili, ale była już zdecydowana. – Boję się tylko o Olivię – tyle dobrego, że większość czasu spędzała teraz w Hogwarcie, ale oberwie wróciła przecież do domu na swoje pierwsze wakacje… I też dlatego Victoria się trochę wahała, bo bała się, że matka uderzy wtedy w najmłodszą córkę.
Powoli wypuściła powietrze przez usta. Ona też się martwiła o Sauriela. Cholernie. Bo wiedziała, co ma na głowie, wiedziała co ma na ręce, wiedziała co to oznacza… Co robi, czy tego chce, czy nie. I jak to na niego wpływa.
– Dobrze – odpowiedziała Longbottom i aż kiwnęła lekko głową. To dobrze, że pomimo przeciwności się nie podłamywała i parła naprzód, natomiast… W Victorii chyba płonęła większa determinacja niż zwykle. – Przypadkiem nie masz monopolu na martwienie się o znajomych – wytknęła Brennie i tylko leciutko uniosła jeden kącik ust ku górze. – Na początku czerwca też myślałam, że moje problemy sercowe są moim najmniejszym problemem. Dwa tygodnie później z najmniejszego problemu urosły do największego – powiedziała gorzko. – Nie ignoruj tego, bo chyba dobrze strzelam, że to o to chodzi? – zapytała i spojrzała w niebo. Gwiazdy migały sobie leniwie, zupełnie spokojne. – Nie uzna. Nie byłybyśmy tak cicho.