To ich odrobinę różniło – to przywiązanie do czasu, bo Victoria była bardzo obowiązkowa i punktualna. Jeśli się gdzieś spóźniła, to znaczyło, że albo świat się kończy, albo coś się stało – i to najpewniej coś złego. Nie wyobrażała sobie się gdzieś spóźnić, zwłaszcza jeśli była gdzieś umówiona. Bo jeśli to było jakieś takie ogólne zaproszenie… to bardzo ewentualnie można było przymknąć oko, ale do pracy? Nigdy się nie spóźniała, nigdy. Ale też nie zauważyła, by spóźniał się Cain. Bywał nawet przed czasem, a dzisiaj… to nie było nawet pół godziny spóźnienia. Opowiedzenie o widmach z wczoraj nie miało więc miejsca, będzie trzeba znaleźć na to jakiś inny moment dnia, tym niemniej Victoria już się zaczęła zastanawiać czy się nie pochorował, albo coś gorszego… byli przecież aurorami, mogły się stać bardzo różne rzeczy… ale poszła dla nich po kawę i muffinki, bo gdyby jednak przyszedł, to nie chciała, żeby słodkości dla niego zabrakło. Bo dokładnie to mówił jej gest: że myśli, dba, i chciała żeby mu było z tego powodu miło, że nie jest po prostu złem koniecznym a kimś, z kim naprawdę chciała być w dobrych stosunkach. Spędzali ze sobą dużo czasu, więc dobrze było mieć obok siebie kogoś, kto nie drażnił na sam widok, i kto za nią nadążał – a Cain zdawał się właśnie to robić i nie wywalać na nią zdziwionych oczu kiedy coś mówiła niekoniecznie na serio. No i był spokojny. Nie obijał się o biurka, nie przestawiał rzeczy z miejsca na miejsce sprawiając, że były nie daj Boże nierówno, nie wylewał sobie kawy na koszulę i spodnie i nie kruszył dookoła jak jadł ciasteczka. I nie mlaskał. Gadał tyle, że nie wychodził na milczka i jednocześnie nie rozpraszał w pracy.
- Cześć, nie ma za co – rzuciła na przywitanie, trochę zaskoczona, że zabierajo jej teczkę, ale bardzo nie oponowała. Ten dzień już chyba dziwniejszy nie będzie, a przynajmniej nie w biurze, bo Moody wystarczająco ją zdziwiła. - Wszystko w porządku? – zapytała zamiast zająć się przydzieloną im sprawą. Cain nie dawał znać, że będzie później, więc to że tak długo mu zeszło… dość logiczne było pomyśleć, że coś się po drodze stało. - Nie wiem co to jest. Moody nie raczyła wyjaśnić, tyle co zawołała mnie do siebie, wcisnęła teczkę i kazała spadać – nie tymi słowami rzecz jasna, ale generalnie ich interakcja była na tyle krótka, że można ją było do tego właśnie streścić.
Cain porozkładał papiery na biurku, a ona po prostu stanęła obok, żeby też na nie spojrzeć. Tak, czuła się zdecydowanie lepiej; nie męczyła się i nie dostawała zadyszki po przejściu 5 schodów i czuła się całkiem dobrze, prócz tego że ciągle była taka zimna w dotyku. Chyba już nikt się nie łudził, że to efekt wychłodzenia i "samo przejdzie".
- Chyba w myślach – że w myślach wysiedział krzesło, bo było całkiem ewidentne, że dopiero co przyszedł i nie zdążył siąść do żadnej roboty. Za to wtedy gdy ona szybko czytała i przeglądała papiery, Cain zaczął… robić tablice. Mapę myśli. Nic na ten temat nie powiedziała, nie skomentowała czy to dobrze, czy źle. Nie rzuciła żadnym kąśliwym komentarzem na to, że to zbędne i tak dalej. Nie przeszkadzała mu w tym co robił, zakładając, że najwyraźniej mu to w czymś pomaga. Sama miała tendencje do rozkładania wszystkich zdjęć i papierów na całym biurku i patrzeć na to z góry, szukając jakiś powiązań. - Trochę nawet tak – ale przede wszystkim wiedziała, że te dni przesiedziałem w biurze były całkowicie konieczne, żeby dojść do siebie, bo jeszcze musieliby niepotrzebnie ją ratować i tylko by się płatała pod nogami. A nikt nie lubił być piątym kołem u wozu. Obejrzyjmy to ciało jak najszybciej i niech go odniosą do koronera… – powiedziała od razu, bo nie było sensu tego przedłużać. Czy iść po kogoś od duchów… miała poczucie że nikogo nie znajdą, skoro w Kniei mieli problem z widmami. - Nie wiem czy spirytyste w ogóle znajdziemy – powiedziała z zastanowieniem. - Będę bardzo zdziwiona jeśli nie zostali oddelegowani do Kniei po wczoraj – mruknęła i sięgnęła po swoją kawę, by znad filiżanki spojrzeć na tablicę wykonaną przez Caina.