Byłoby dziwne gdyby po dwóch tygodniach wspólnej pracy zaczęli się sobie zwierzać. Victoria na pewno potrzebowała czasu, żeby się przed drugą osobą otworzyć, nie była żadną otwartą księgą, która kolorowymi i wielkimi napisami zachęcała do zerknięcia. Oklumencja, która ją otaczała, nie na darmo była jej narzędziem, co tym bardziej wręcz krzyczało „zostaw mnie w spokoju”, albo przynajmniej „potrzebuję czasu, by się oswoić”. A jak wiadomo… było się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło… Więc bardzo dbała o to, komu pozwalała zbliżyć się tak bardzo i do kogo sama się zbliżała. Dlatego nie oczekiwała żadnych zwierzeń. Ale takie rzeczy jak choroby, przypadłości… Lepiej było wiedzieć. Ona też nie mówiła wszystkim dookoła co się z nią dzieje; że ma w głowie wspomnienia innej osoby. Teraz już wiedziała, że to były wspomnienia… Albo raczej że to nie pochodzi od niej. Powinna mu to chyba też powiedzieć, ale ciągle rozkładała to na czynniki pierwsze.
– Mam na myśli czy jest coś, co ci na to pomaga – odpowiedziała i uśmiechnęła się leciutko. Bo najwyraźniej były momenty, kiedy przeszkadzało mu to w życiu. Rozumiała, że choroba jest ogólnie nieuleczalna, bardziej chodziło jej o przeciwdziałaniu skutkom doraźnie. Bo długoterminowo… Kto wie, może prowadzono na ten temat badania. – W porządku. Nie mam w zwyczaju plotkować, więc spokojnie – jego tajemnice w jej umyśle były bezpieczne, nic nie miało się wylać na zewnątrz. – Dzięki. Że mi powiedziałeś – dodała jeszcze, bo to brzmiało jak pewien spory kredyt zaufania. Zresztą… Podobnym sama go obdarzyła. Już wiedziała, że będzie musiała trochę sama poczytać o tej chorobie, żeby wiedzieć mniej więcej, jeśli coś dziwnego zaczęło się dziać i co to właściwie jest. Nie wiedziała, czy może się stać coś niebezpiecznego jak w jej przypadku.
– Mądre słowa – stwierdziła i na moment się zamyśliła. – A sukces jest wynikiem właściwej decyzji – odpowiedziała w podobnym tonie, ale po prostu różne sytuacje wpływały na punkt widzenia i ułożenie priorytetów, nie było sensu trzymać się z góry określonego planu w takiej sytuacji. Jeśli nic się po drodze dziwnego nie wydarzy – to jak najbardziej, mogą iść od punktu A do punktu Z wedle pomysłu Caina i Viki nie miała z tym żadnego problemu. – Hej, a jak inaczej byś to nazwał? Każdy ma swój i swoje metody – nie obraziła się, skąd, za to w swoim zwyczaju ciągnęła rozmowę pomimo być może jej retorycznego brzmienia.
Uśmiechnęła się nim odwróciła się do swojego biurka i krzesła, przez moment zastanawiając się czy brać marynarkę, która wisiała na oparciu krzesła. Nie było jej ciepło, nic nie dawało, że ją miała, dlatego w biurze ją często ściągała. Ostatecznie jednak porwała ją, by założyć, potrzebne rzeczy (a było ich raczej niewiele) wcisnęła w kieszenie, jeszcze tylko złapała za muffinkę, by zjeść ją po drodze do punktu fiuu.
– Emocje jakie czuć to niepewność ale i determinacja by dorwać tego, kto tak bez szacunku obszedł się ze zwłokami i samą dziewczyną. Być może ma to jakiś związek ze Śmierciożercami, ale nie musi, na tym etapie nie możemy jednak dla dobra śledztwa mówić wiele więcej – odparła gładko i uniosła wyżej brwi. Cain niechcąco mocno trafił w punkt, bo Victoria była na jutro umówiona na wywiad w sprawie Beltane. – Piszesz do gazety? – zapytała, wręcz wyobrażając sobie ten notatnik i pióro.