Może lepiej poczekać, a może to wszystko rzucić w cholerę już teraz i wynieść się do Londynu jeszcze jutro – nie wiedziała. Troche było w niej wahania i niezdecydowania, bo nie wiedziała jak sobie poradzi. Była przyzwyczajona do pewnych wygód, bez skrzata to nie będzie takie proste… Ale jakoś poradzić sobie będzie musiała. Trochę rzeczy miała już w Londynie zostawionych, wyniesionych z domu, ale i tak… spakować się i zabrać wszystko… Musiała to dobrze rozegrać, żeby ograniczyć obrażenia. Ona jedna wiedziała do czego zdolna jest jej matka. Wzruszyła więc tylko ramionami.
– A może lepiej nie czekać. Może Livka powinna zobaczyć jak to wygląda – jedna jej część chciała młodej tego oszczędzić, ale druga… chciała, żeby zobaczyła. Chciała żeby się zaczynała przygotowywać. A może do Isabelli coś w końcu dotrze… Ostatecznie ojciec Sauriela chyba też w końcu zrozumiał, że może syna stracić. Tak całkowicie, dokumentnie, na zawsze.
– Powiedziałabym ci to samo, a i tak nigdy nie słuchasz. Więc dziękuję bardzo, ale i tak się będę martwić – bo tak już miała. O bliskich się martwiło, bo nie chciało się ich stracić, to naprawdę nie było skomplikowane. – Mam wrażenie, że właśnie doświadczam déjà vu. Powiedziałam prawie to samo, a potem… – efekt już znaczy, wszystko się tak strasznie pokiełbasiło. Teraz była już mądrzejsza i wiedziała, że nie powinna tego ignorować. – jakkolwiek tego nie nazwiesz, to problem nadal pozostaje problemem. Mały czy duży, to nie jest istotne, bo nim jest. Jest i gniecie i przeszkadza, a w którymś momencie może po prostu nagle się czymś nakarmić i urosnąć… I te twoje pięćdziesiąt ważniejszych spraw… – na chwilę urwała i pokręciła głową. – Pięćdziesiąta druga może się okazać tą ostatnią, wiesz? – powiedziała w końcu. – Mogę ci jakoś pomóc? To nie jest normalne, żeby tyle dźwigać, a problemy nie są po to, by je kolekcjonować, a by je rozwiązywać – zaśmiała się jeszcze. Tak, zawsze była taka mądra, a potem patrzyła na swoje życie i rozsypany domek z kart… I nagle nie było to już takie oczywiste. – Wolę go z niezłamanym nosem – uznała po prostu, choć nie była pewna, czy Brenna tak tylko gada, czy naprawdę byłaby zdolna mu złamać nos. Nie chciała by ktokolwiek podnosił na niego rękę, nawet jeśli nie zachował się w porządku. Ona pewnie… Też mogła pewne rzeczy rozegrać inaczej. I tak, mimo tego, że się uśmiechała, to była smutna i ją to wszystko bolało.
– Ale nim by nas zabili, to zrobiłybyśmy hałas – przypomniała brygadzistce.