To była prawda, byli ludzie, którzy potrafili się zupełnie obcym, nowo poznanym przed pięcioma minutami osobom zwierzać z całego swojego życia. Co jedli, co robili, z kim sypiali… Dla Victorii to były ostrzegawcze znaki, które krzyczały z daleka „wariat, uciekać!!”, bo sama ceniła sobie swoją prywatność (duuh) i nie wyobrażała sobie, by mówić takie, ale i tez mniej intymne rzeczy komuś, z kim naprawdę dobrze się nie znała. Zdecydowanie potrzebowała czasu by rozwinąć skrzydła i otworzyć się na drugą osobę, a ci, co tak wręcz zalewali innych swoim życiem… Powinni znaleźć kogoś, kogo to bawiło, bo to nie była ona. I Cain chyba też nie, a przynajmniej zupełnie nie sprawiał takiego wrażenia. Nie był przy tym zamknięty i nie wywiesił sobie na czole kartki z treścią „nie mów do mnie, nie interesujesz mnie i daj mi spokój”, więc to już był jakiś tam start… Natomiast Victoria sama miała już pewne podejrzenia, biorąc pod uwagę, jak mało aurorów i brygadzistów wysłano do obstawienia sabatu – że w Ministerstwie nie dzieje się zbyt dobrze i… że niekoniecznie wiadomo komu ufać. Bezpieczniej byłoby więc założyć, że nikomu, więc wysokie mury oklumencji były tutaj jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że była jedną z Zimnych, tych którzy stanęli przeciwko Voldemortowi… To już samo w sobie mogło wysyłać pewne sygnały różnym ludziom.
– Tak… rozumiem – powiedziała w zastanowieniu, kiedy mówił o eliksirach uspokajających. Kiedy sięgała pamięcią w niedaleką przeszłość, to sama pracowała jakiś czas nad takim bardzo konkretnym eliksirem zapomnienia… – Jakiś czas temu ktoś poprosił mnie o takie eliksiry. Takie, żeby wymazywać ostatnią godzinę, albo trzy z pamięci – i musiała się trochę nagimnastykować żeby osiągnąć zamierzony efekt. – O takie coś chodzi? – zapytała, patrząc na Caina. Nie oceniała tego, ani jego, bo nie miała w zwyczaju robić takich rzeczy. Zwykle daną sytuację rozpracowywała i starała się zrozumieć na logikę, na chłodno… Może to przez to ludzie mieli ją za taką chłodną. Teraz to była zimna nawet dosłownie.
– Prawda? – zapytała, choć oczywiste chyba było, że to pytanie retoryczne. – Mam nadzieję, że ty też zostawisz sobie moją przypadłość dla siebie – nie powiedziała tego wtedy, bo wydało jej się to oczywiste, ale skoro teraz wyszła taka prośba od niego… – A jeśli już opowiedziałeś połowie biura to spotkamy się pojutrze na uklepanej ziemi – tak, to był żart. Powiedziany z kamienną twarzą. – Czyli co, idziemy na rekord? Ile muszę przebić? – czy może dwa tygodnie to było już nadto i zdążyła się wysunąć na prowadzenie? – Swoją drogą… Dwa dni temu znowu miałam… Epizod – nie wiedziała jak to lepiej nazwać, więc chyba takie słowo byłoby odpowiednie. – Ale tym razem już nie chciałam nigdzie iść – za to mieszały jej się osoby.
– Albo dużej dozy pecha dla tych drugich – odparowała bez zawahania. Szczęście… Nie była pewna, czy w nie wierzyła. Może jej romantyczna strona duszy trochę tak. Ta druga, ta racjonalna, uważała, że to splot wydarzeń, decyzji dobrych i złych, a także kalkulacji. – A to akurat zależy. Pytasz o ludzi trzecich, czy tych z którymi prowadzę sprawę? – bo odpowiedzi mogły się drastycznie różnić. Natomiast na pewno lubiła badać otoczenie, wyciągać wnioski na podstawie własnych obserwacji i wiedzy, jaką posiadała.
– Mmm… zależy od intencji, tak bym powiedziała. Są tacy dziennikarze, pisarzyny – szumowiny – którzy tylko czekają, żeby obsmarować w gazecie i przekręcić słowa, albo wyrwać je z kontekstu.