27.10.2023, 18:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2023, 18:42 przez Diana Mulciber.)
Szczęście przypominało drobne koraliki, zaniżane na życie bez przekonania, w przypadkowej kolejności, każde w innym kolorze i w innym kształcie, jakby należały do różnych osób i zostały skradzione z ich rzeczywistości, pojedyncze i niezauważone. Diana czuła, że jej koraliki ktoś po prostu ukradł.
Słodkie zapachy docierające do nozdrzy zaczęły w końcu mdlić. Ciasta, ciasteczka, cukrowe ochy i achy, którym w normalnych warunkach nie potrafiłaby odmówić. Przypominały jej na myśl beztroskie chwile spędzone jeszcze w Hogwarcie i Hogsmeade; poprzednie zimy i puchowy, lekki jak puder śnieg do którego celowo upadła i pociągnęła go ze sobą, bo tym broniły się jeszcze kwitnące pnącza młodości i niewinności. Wspominała też gorące czekolady, grube, gryzące swetry, szaliczki i niekończące się rozmowy w dormitorium, znacznie przekraczające ciszę nocną.
Bała się mu spojrzeć w oczy, bo w jego źrenicach mogła spotkać ciemność, do której nie przywykła. Nie była na nią gotowa.
Tkwiła przez chwilę w objęciach chłopaka czując jak odpływa; kłótnie, krzyki, groźby i wspomnienia plaskacza ojca fermentowały pod jej skronią niczym brudne miraże. Za wszelką cenę próbowała przekonać się, że są nieprawdą, iluzją i złym, najgorszym snem.
Samolubnie nie myślała jeszcze o jego utartym sercu, o tęsknocie wyrywającej z umysłu neurony, o nieprzespanych nocach, o zaufaniu spalającym się powoli i bezpowrotnie niczym wosk. Samolubnie marzyła o splocie i ciepłocie jego dłoni, o silnym ucisku w talii, o pocałunkach rozsypanych po jej twarzy. Ach, i o własnym bólu który tak przerażał i ugniatał od samiutkiego środka.
Na słowa Murtagha, zastygła w nierównym szmerze oddechu; rozciągnęła usta w niewygodnym grymasie, prawie zbyt subtelnym, by go zauważyć.
Gdy ją odsunął, postarała się zachować, a raczej odbudować rezon.
— Jak to dlaczego ? — odparła obruszona — tęskniłam, bo... przecież wiesz.
Wiele ciążyło na języku i uciskało serce skurczowym dreszczem obawy, dlatego też rozejrzała się dookoła. Trochę gwaru, kilka zapełnionych stolików, a przy nich głównie pary, na widok których szczęka mimowolnie się jej zacisnęła. Wiele mogła w stanie znieść, ale z pewnością nie pisała się na podobne obnażenia w miejscu publicznym.
— Może powinniśmy byli spotkać się w innym miejscu — powróciła do niego wzrokiem, sięgając bezwiednie po płaszcz. Zdecydowała, że nie miała zamiaru zostać tam ani chwili dłużej, dlatego też złapała go stanowczo za dłoń.
— Ja... mam ci dużo do powiedzenia, Murtagh.
Chwasty trzeba wyrywać.