28.10.2023, 00:27 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.10.2023, 00:28 przez William Fletcher.)
Patrzył na nią, usilnie starając się pokazać, że jest coraz bardziej poirytowany. Nie przyszedł tutaj po dobrą radę, po prostu potrzebował się gdzieś ukryć i akurat przebiegał obok. Ot przypadek jakich wiele w świecie. W sensie, jasne, lubił Effi, ale to była dziewczyna, która niewiele miała wspólnego z tym, co lubił robić w wolnym czasie. Przez to ostatnie miał na myśli oczywiście picie, bicie i kradzieże od drobnych do tych poważnych.
Nie potrzebował kazań i moralizowania, a gdyby kiedykolwiek zechciał zmienić swoje życie na lepsze, swoje kroki skieruje do siostry. Dio pierdolnie go w mordę i od razu mu przejdzie chęć resocjalizacji. Nie miał zamiaru się tutaj kajać ani tym bardziej opowiadać osobom spoza kręgu zaufania o swoich poczynaniach. Wiele z nich zdecydowanie znajdowało się poza prawem, a nie widziało mu się ubieranie ciuchów modą prosto z Azkabanu. Resocjalizacja była dla frajerów i ludzi, którzy potrafili przemyśleć swoje zachowanie. Billy nie należał do żadnej z tych grup.
Zdziwił się, gdy druga wersja jego historii nie przeszła. Jakim cudem wyłapała, że kłamał? Jasne, może nie był najlepszym kłamcą, ale włożył naprawdę sporo wysiłku w to, żeby ta historia brzmiała wiarygodnie. Poświęcił na to blisko minutę w swojej głowie, co samo w sobie było już sukcesem. Rzadko kiedy skupiał na czymś uwagę na dłużej niż kilka sekund. Oczywiście były od tego wyjątki, ale używanie głowy do myślenia nie było na szczycie jego listy potrzeb.
Gdy spytała, czy za dużo wymaga, ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć twierdząco. Czemu nie mogła po prostu uwierzyć mu na słowo, zamiast tego drążąc temat dalej? Udało mu się uciec, sakiewka znajdowała się w jego kieszeni, także można śmiało nazwać tę akcję ogromnym sukcesem. Jeszcze chwilę temu miał ochotę wydać te galeony na coś ładnego dla dziewczyny, ale w tej chwili bliżej było mu do wyjścia. Zaczynało go już nudzić to odbijanie się od ściany w kwestii pytań i odpowiedzi. Jeśli była taka mądra, dawno temu powinna się zorientować, że po prostu nie chciał o tym gadać. Proste.
Nagle, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, odzyskała jego uwagę. Tak, chodziło o kontakt fizyczny. Effie może i była irytująca, ale przy tym całkiem ładna i Billy nie obraziłby się o małe co nieco. Właśnie dlatego, gdy się nad nim pochyliła, zadziałał czysto instynktownie. Gwałtownie przechylił głowę, dzięki czemu zamiast czoła, jej usta zetknęły się z jego wargami. Pozwolił sobie nawet lekko przedłużyć. Wciąż jednak trwało to co najwyżej kilkanaście sekund.
Był zachwycony tym zdecydowanie nie-niewinnym żarcikiem, o czym mógł świadczyć uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Wielki, szeroki, wyjątkowo bezmyślny. — Ładnie to tak? Jeśli już chcesz się całować, to najpierw wypadałoby spytać. Masz szczęście, bo mam dzisiaj dobry humor i ci Wybaczam! — oznajmił, kiwając przy tym lekko głową.
Następnie obserwował jej dalsze ruchy i oczekiwał na ewentualną reakcję, bo nie wierzył w to, że ktokolwiek przeszedłby obojętnie obok takiej sytuacji z Fletcherem w roli głównej. Był na to zbyt przystojny. Atmosfera w końcu była miła i ciekawa, ale cóż, Effie ewidentnie wzięła sobie za punkt honoru bycie panią marudą. Gdy znowu zaczęła biadolić nad jego losem, nie powstrzymał już nawet głośnego ziewnięcia. — Słuchaj, słońce. Ja doceniam troskę i sympatię, ale serio przesadzasz. Gdybym robił cokolwiek niebezpiecznego, zabrałbym ze sobą wsparcie. Z siostrą jesteśmy zajebistym duetem. POZA TYM. To wszystko było wypadkiem przy pracy. Nie znam typa, nie mam zamiaru znać. Wątpię, żebyśmy się mieli jeszcze kiedykolwiek spotkać — odparł, wyciągając przy tym z kieszeni knuta, którym zaczął się bawić między palcami. — Poza tym. Trzeba by czegoś znacznie więcej niż zaśliniony wariat, żeby mnie kropnąć. Jestem zbyt młody i przystojny, żeby ot tak umrzeć — dokończył, cmokając przy tym głośno ustami.
Nie potrzebował kazań i moralizowania, a gdyby kiedykolwiek zechciał zmienić swoje życie na lepsze, swoje kroki skieruje do siostry. Dio pierdolnie go w mordę i od razu mu przejdzie chęć resocjalizacji. Nie miał zamiaru się tutaj kajać ani tym bardziej opowiadać osobom spoza kręgu zaufania o swoich poczynaniach. Wiele z nich zdecydowanie znajdowało się poza prawem, a nie widziało mu się ubieranie ciuchów modą prosto z Azkabanu. Resocjalizacja była dla frajerów i ludzi, którzy potrafili przemyśleć swoje zachowanie. Billy nie należał do żadnej z tych grup.
Zdziwił się, gdy druga wersja jego historii nie przeszła. Jakim cudem wyłapała, że kłamał? Jasne, może nie był najlepszym kłamcą, ale włożył naprawdę sporo wysiłku w to, żeby ta historia brzmiała wiarygodnie. Poświęcił na to blisko minutę w swojej głowie, co samo w sobie było już sukcesem. Rzadko kiedy skupiał na czymś uwagę na dłużej niż kilka sekund. Oczywiście były od tego wyjątki, ale używanie głowy do myślenia nie było na szczycie jego listy potrzeb.
Gdy spytała, czy za dużo wymaga, ugryzł się w język, żeby nie odpowiedzieć twierdząco. Czemu nie mogła po prostu uwierzyć mu na słowo, zamiast tego drążąc temat dalej? Udało mu się uciec, sakiewka znajdowała się w jego kieszeni, także można śmiało nazwać tę akcję ogromnym sukcesem. Jeszcze chwilę temu miał ochotę wydać te galeony na coś ładnego dla dziewczyny, ale w tej chwili bliżej było mu do wyjścia. Zaczynało go już nudzić to odbijanie się od ściany w kwestii pytań i odpowiedzi. Jeśli była taka mądra, dawno temu powinna się zorientować, że po prostu nie chciał o tym gadać. Proste.
Nagle, niczym za dotknięciem magicznej różdżki, odzyskała jego uwagę. Tak, chodziło o kontakt fizyczny. Effie może i była irytująca, ale przy tym całkiem ładna i Billy nie obraziłby się o małe co nieco. Właśnie dlatego, gdy się nad nim pochyliła, zadziałał czysto instynktownie. Gwałtownie przechylił głowę, dzięki czemu zamiast czoła, jej usta zetknęły się z jego wargami. Pozwolił sobie nawet lekko przedłużyć. Wciąż jednak trwało to co najwyżej kilkanaście sekund.
Był zachwycony tym zdecydowanie nie-niewinnym żarcikiem, o czym mógł świadczyć uśmiech, który pojawił się na jego twarzy. Wielki, szeroki, wyjątkowo bezmyślny. — Ładnie to tak? Jeśli już chcesz się całować, to najpierw wypadałoby spytać. Masz szczęście, bo mam dzisiaj dobry humor i ci Wybaczam! — oznajmił, kiwając przy tym lekko głową.
Następnie obserwował jej dalsze ruchy i oczekiwał na ewentualną reakcję, bo nie wierzył w to, że ktokolwiek przeszedłby obojętnie obok takiej sytuacji z Fletcherem w roli głównej. Był na to zbyt przystojny. Atmosfera w końcu była miła i ciekawa, ale cóż, Effie ewidentnie wzięła sobie za punkt honoru bycie panią marudą. Gdy znowu zaczęła biadolić nad jego losem, nie powstrzymał już nawet głośnego ziewnięcia. — Słuchaj, słońce. Ja doceniam troskę i sympatię, ale serio przesadzasz. Gdybym robił cokolwiek niebezpiecznego, zabrałbym ze sobą wsparcie. Z siostrą jesteśmy zajebistym duetem. POZA TYM. To wszystko było wypadkiem przy pracy. Nie znam typa, nie mam zamiaru znać. Wątpię, żebyśmy się mieli jeszcze kiedykolwiek spotkać — odparł, wyciągając przy tym z kieszeni knuta, którym zaczął się bawić między palcami. — Poza tym. Trzeba by czegoś znacznie więcej niż zaśliniony wariat, żeby mnie kropnąć. Jestem zbyt młody i przystojny, żeby ot tak umrzeć — dokończył, cmokając przy tym głośno ustami.