28.10.2023, 22:52 ✶
Ogólnie to było tak, że ja bardzo cieszyłem się, kiedy tak dreptałem w swojej futrzastej postaci po Noktunie. To był mój dom, moje miejsce, moja ostoja, więc całkiem pewnym siebie krokiem tuptałem, jak gdyby żaden czarnoksiężnik nie łapał tu biednych, bezdomnych kotów do śmiercionośnych uroków czy coś. Dla mnie to całkiem przyjazne miejsce było, gdzie mogłem się dowoli bawić, a też popracować, bo zleceń było co niemiara, więc...
Ech. Jednak mi się tu nie podobało, bo zmierzałem do Pana Toma, a Pan Tom był osobą, za którą ciężko było przepadać. Co jak co, ale groził mi coś tam, że moją rodzinę, jeśli nie będę pilnował punktualności, jak gdyby nie mógł zrozumieć, że ja tu byłem wolnym duchem, ptakiem na niebie, delikatnym zefirkiem, a nie kolesiem przynieś-podaj-pozamiataj, ale dokładnie o tej godzinie, bo o innej wszyscy twoi bliscy będą martwi. Więc, chcąc nie chcąc, robiłem, co trzeba było i prosiłem pewnie kogoś by mnie w łeb stuknął jak zegar wybije piątą czy coś, aby się nie spóźnić. Teraz właśnie omijała mnie popołudniowa drzemka, ale eliksir miałem, w drodze byłem, a okno na dodatek było uchylone, więc wskoczyłem. Lepiej było nie przeciągać tematu, bo jeszcze zdecyduje się mi uciąć ogon. Albo penisa. Sam nie wiem, co by mnie bardziej bolało, ale wolałem tego nie weryfikować, więc... Co ja tu robiłem? Ach, eliksir.
Zeskoczyłem sobie z parapetu na kanapy oparcie. Leniwie przejrzałem rude łapki i zauważyłem z podłą satysfakcją, że mu nieco błota naniosłem. Doskonale. Kusiło by mu się tam władować z błotem na biurko, ale zaniechałem. Strzepnąłem se te łapy, podrapałem się nieco za uchem, zostawiając też trochę rudej sierści, po czym w końcu skoczyłem na kanapę, właściwie to już przemieniając się w Leo-Leo-Leo, takiego ludzkiego, humanoidalnego Leo. Kanapa wygodna była, więc przynajmniej tyle. Rozsiadłem się wygodnie z uśmiechem, choć podkreślałem sobie w głowie, że wcale nie byłem tu dobrowolnie, tylko pod przymusem. Rozważałem, dodanie mu do eliksiru chilli i może to zrobię.
- Elo, szefie! Co tak szef wietrzy? Pogoda ładna, prawda, ale z niecierpliwością szefuncio czekał pewno na świeżą dostawę, hę? - zapytałem leniwie, wcale nie garnąc się do podania eliksiru na niedojebanie mózgowe. Zastanawiałem się, czy nie wyszorować sobie językiem łapek, ale pewnie Pan Tom uznałby to za obrazę uczuć i majestatu. Może lepiej było mieć go po swojej stronie? Coraz głośniej, już chyba najgłośniej o nim było na Nokturnie. Musiałem rozważyć te chilli czy piri-piri.
- Jak zdrowie i samopoczucie? - odezwałem się ponownie, bo przecież byłem lekarzem, bardziej stażystą, ale trzeba było wpierw pacjenta zweryfikować, co nie? A nuż może ozdrowiał i nie potrzebował niczego już ode mnie? Och, kochałbym taki scenariusz. Już pal licho te marne sykle, co to u niego zarabiałem.
Ech. Jednak mi się tu nie podobało, bo zmierzałem do Pana Toma, a Pan Tom był osobą, za którą ciężko było przepadać. Co jak co, ale groził mi coś tam, że moją rodzinę, jeśli nie będę pilnował punktualności, jak gdyby nie mógł zrozumieć, że ja tu byłem wolnym duchem, ptakiem na niebie, delikatnym zefirkiem, a nie kolesiem przynieś-podaj-pozamiataj, ale dokładnie o tej godzinie, bo o innej wszyscy twoi bliscy będą martwi. Więc, chcąc nie chcąc, robiłem, co trzeba było i prosiłem pewnie kogoś by mnie w łeb stuknął jak zegar wybije piątą czy coś, aby się nie spóźnić. Teraz właśnie omijała mnie popołudniowa drzemka, ale eliksir miałem, w drodze byłem, a okno na dodatek było uchylone, więc wskoczyłem. Lepiej było nie przeciągać tematu, bo jeszcze zdecyduje się mi uciąć ogon. Albo penisa. Sam nie wiem, co by mnie bardziej bolało, ale wolałem tego nie weryfikować, więc... Co ja tu robiłem? Ach, eliksir.
Zeskoczyłem sobie z parapetu na kanapy oparcie. Leniwie przejrzałem rude łapki i zauważyłem z podłą satysfakcją, że mu nieco błota naniosłem. Doskonale. Kusiło by mu się tam władować z błotem na biurko, ale zaniechałem. Strzepnąłem se te łapy, podrapałem się nieco za uchem, zostawiając też trochę rudej sierści, po czym w końcu skoczyłem na kanapę, właściwie to już przemieniając się w Leo-Leo-Leo, takiego ludzkiego, humanoidalnego Leo. Kanapa wygodna była, więc przynajmniej tyle. Rozsiadłem się wygodnie z uśmiechem, choć podkreślałem sobie w głowie, że wcale nie byłem tu dobrowolnie, tylko pod przymusem. Rozważałem, dodanie mu do eliksiru chilli i może to zrobię.
- Elo, szefie! Co tak szef wietrzy? Pogoda ładna, prawda, ale z niecierpliwością szefuncio czekał pewno na świeżą dostawę, hę? - zapytałem leniwie, wcale nie garnąc się do podania eliksiru na niedojebanie mózgowe. Zastanawiałem się, czy nie wyszorować sobie językiem łapek, ale pewnie Pan Tom uznałby to za obrazę uczuć i majestatu. Może lepiej było mieć go po swojej stronie? Coraz głośniej, już chyba najgłośniej o nim było na Nokturnie. Musiałem rozważyć te chilli czy piri-piri.
- Jak zdrowie i samopoczucie? - odezwałem się ponownie, bo przecież byłem lekarzem, bardziej stażystą, ale trzeba było wpierw pacjenta zweryfikować, co nie? A nuż może ozdrowiał i nie potrzebował niczego już ode mnie? Och, kochałbym taki scenariusz. Już pal licho te marne sykle, co to u niego zarabiałem.