Miał kiedyś wielkie marzenie. Marzenie o tym, że zniesie to wszystko i jeszcze więcej. Marzenie o tym, że będzie żył dokładnie tak, jak tego pragnął, że nie złapią go sidła, nie ujarzmi żaden kaganiec. Nie będzie takiej smyczy, która go powstrzyma ani klatki, która zatrzyma. Będzie wolny. Ten świat będzie jego - i niczyj jednocześnie. Nie ważne będą jego problemy ani tych wszystkich ludzi, którzy przeżywali dramaty. Już dość. Wystarczy. Nie chciał oglądać łzawych twarzy i kolejnych straceńców, w których historiach musiał stawać się tym bad guy, co przetrąca ich karki moralności. W końcu nie mógł być całkowicie dobry nawet dla tych, dla kogo chciał być najlepszy. I było tych osób za dużo, a jednocześnie zawsze było ich za mało. Obniżasz swój poziom kociego życia i dopiero wtedy widzisz, że szczęście można osiągnąć bardzo banalnie - wystarczy właśnie żyć po kociemu. Patrzeć na szczęście, które leży obok, ale mijać je szerokim łukiem. Bo to ciało obce dziwnie wygląda. Bo jednak kagańce bolą, a obroża cisnęła i obcierała.
Dlatego miał kiedyś małe marzenie - że ktoś go wyciągnie. Zdejmie tę obrożę, niech przestanie ocierać, odepnie kaganiec - niech w końcu słowo poniesie się dalej, bo przecież było tyle do powiedzenia. Wyjmie dłoń, wysunie z ciemności. Koty były przecież takie lekkie, a on był tylko zwykłych dachowcem lubiącym spoglądać na świat z wysokości. z Dystansu. Nie chciał się plątać ludziom pod nogami. Chciał być wyżej. Tam, gdzie już nikt nie mógłby ganiać za nim ze smyczą. I w końcu myślał, że mógłby uwolnić się sam. Zerwać, przełamać te zęby krat wciśnięte przed jego oczy. Czy to było za dużo? Zbyt ambitne myśli?
Przestał marzyć.
Zrozumiał, że jego marzenia istniały po to, by ktoś mógł je wyrzucić do kosza.
- Naprawdę sądzisz, że się boję z tobą skonfrontować? - Zapytał pomrukiem, darując sobie próby uśmiechu, bo stało się to, co niby było do przewidzenia... Niby. Bo go nie dziwiło. Spojrzał na nią z ukosa tym ponurym spojrzeniem, ale też się nie skrzywił. A więc kochała. I wszystko co kochała - kochała samotnie. Albo i nie? Raczej miała już żyć w przeświadczeniu, że właśnie tak się stało. Pierwsze złamane serce boli najbardziej. Tylko to zakładało, że będą dalsze łamania. Nie, tego nie chciał. Już nawet na to źle się patrzyło. Nie miał tu niczego do powiedzenia - w jego mniemaniu wszystko było bardzo jasne i klarowne przy ich ostatniej rozmowie. - Powinnaś być po rozwodzie już jakieś dwa tygodnie. Mało to "z zaskoczenia". - Czy był zły, że go uratowała? Nie. Czy się cieszył? Też nie. po prostu był. I tak była brutalna świadomość tego, że już wystarczy tego głupiego folgowania sobie zgodnie z tym, czego Victoria sama sobie zażyczyła. Dość udawania. W takim razie należy wprowadzić tą opcję, w której przegląd realiów był brutalny, ale bardzo konkretny. Trzeba było ją zajebać. Powiedziało jego spojrzenie, kiedy wspomniała o matce. Ale tego już nie powiedział na głos.
- Dobry nastrój... ta. To chyba teraz jest moja norma dobrego nastroju. - Nie miał na sobie swojej ulubionej kurtki. Czarny golf, czarne spodnie i płaszcz tego samego koloru przewieszony przez krzesło. Stuknął pierścieniem w szklanicę. Wiesz, planowałem wycieczkę... Wydawało się to być dawno temu i nieprawdziwe. - Powinniśmy się rozejść każdy w swoją stronę. - Nie rzucił tego jako żądania. To była myśl rzucona w przestrzeń jako to, co mieć miejsce powinno... tylko wedle czyich reguł? I gdzie ta powinność dokładnie leżała? - Jak bardzo wkurwiona była matka? - Isabella, rzecz jasna. To o nią mu chodziło.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.