Chciałaby dla swojej siostry innego życia. W domu, w którym będzie miała pełne wsparcie niezależnie od okazji, a nie w domu, w którym będzie miała pełne wsparcie tylko wtedy, gdy będzie robiła to, co wymyślą rodzice – a głównie matka, bo to ona miała w sobie chęć do rządzenia i układania. Alexander, jej ojciec, był dużo łagodniejszym człowiekiem, który co prawda nie migał się od podejmowania decyzji, ale dużo częściej machał ręką. No i swoim dzieciom czasami tę miłość okazywał, choć być może nie jakoś super często. To ojciec zaszczepił w Victorii miłość do eliksirów, to do jego pracowni uciekała jako dziecko po kłótniach z matką – on wtedy nic nie mówił, tylko się uśmiechał i robił swoje, czasami wołając córkę do siebie, by jej pokazać to i owo. Nigdy nie powiedziałaby, że jest znacznie odważniejsza od Brenny. Powiedziałaby, że robi to, co musi, żeby zachować swoją godność i nie zwariować, i że nawet jej kiedyś kończy się cierpliwość.
– Dzięki, Brenn – uśmiechnęła się do przyjaciółki, bo słyszeć takie słowa było bardzo ważne, zwłaszcza jeśli siedziało się trochę na rozdrożu – tak jak siedziała Victoria. Jedną nogą tu, drugą nogą tam. Nie wiedziała ile będzie w stanie dźwignąć sama, ile będzie musiała poprosić ludzi o pomoc – i kogo. Brenna zdawała się mieć na głowie tyle, że wcale nie chciała jej jeszcze dokładać sobą. Zresztą… tak jak Brenna nie chciała bądź nie mogła powiedzieć co się z nią dzieje, tak Victoria też nie mogła powiedzieć niektórych rzeczy, które gdzieś tam kręciły jej się w głowie. Ale jedno to sobie wyobrażać, a potem życie przynosiło swoje i weryfikowało wszystko.
– Rozumiem to. Po prostu… Nie ignoruj tych mniejszych, nawet jeśli wydają się mniej ważne – nie chciała jej naciskać, chciała po prostu, by nie popełniła jej własnego błędu, w którym unikała tematu, bo wydawał się niedostatecznie priorytetowy. Bo był „mniejszy”. Wcale nie był, tylko się taki wydawał, zręcznie skryty pod płaszczykiem prawdziwych kolosów rozwalających jej życie i rzeczywistość. A później wyskoczył jak Irytek z sali transmutacji – z piskiem, krzykiem i rechotem. – I pamiętaj, że jak coś… To powiedz. Pomogę jak będę umiała najlepiej – może nie była oczywistym wyborem, może sama miała dużo na głowie, ale nie odmówiłaby, gdyby została o pomoc poproszona. – Ty naprawdę zaliczasz wszystkie dziury – stwierdziła, a w jej głosie słychać było coś na wzór uznania, bo choć nie była jakoś specjalnie zaskoczona, to jednak mimo wszystko była to niecodzienna umiejętność. – Narobiłabyś. Oni też by narobili – stwierdziła po prostu, patrząc w przestrzeń.
Nic zupełnie się nie działo.
– To co, wracamy? Nie jest ci zimno? – zapytała w końcu.