30.10.2023, 23:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 30.10.2023, 23:33 przez Diana Mulciber.)
Ach, dlaczego był dla niej tak łagodny?
Jakże prościej byłoby wydrzeć z siebie to co zalegało, gdyby tylko Murtagh wzgardził, splunął na jej oblicze i kazał spieprzać gdzie pieprz rośnie. Wiele by również dała za to, by móc teleportować się do jego domu, do ciepłych kątów, w których szepty nie musiałyby ulatywać w eter, w których...ach, nie, Diana nie zdołałaby wyjawić mu prawdy, pocałowałaby go, ułożyłaby ich kanapie i oddała siebie – tym samym zabierając mu część jego samego. Zamąciłaby, serce złamała. Oba.
Chociaż i tak musiała to dziś zrobić.
Gdzie chciała byś pójść?
Przytłoczyło ją to niezmiernie; ta niewiedza i niezdecydowanie co i jak właściwie wypowiedzieć. Kąciki ust migały nerwowo, ale rozwiązanie nasunęło się całkiem samo, gdy tylko kątem oka zahaczyła o roślinę posadzoną w oknie niedoszłej już lodziarni.
— Do altanki, nie powinno tam nikogo teraz być— odpowiedziała mu miękko, a uśmiech, lekki, blady i anemiczny, wygiął jej wargi.
Usytuowana nieopodal Alei Horyzontalnej, Zaczarowana Altanka (nosząca niebywale oryginalne imię) była ukrytym skarbem zaszytym wśród pnących się, starych kamieniczek magicznej części Londynu. Wejście do ogrodu nie było wcale oczywiste, plebs nie nie do końca o nim wiedział – jako miejsce dla wtajemniczonych, mogło okazać się błogosławieństwem dla takiej dwójki jak oni.
Szli skąpani morową ciszą, a przynajmniej Diana, nie była bowiem w stanie wygrzebać z siebie żadnej iskierki, która rozpoczęłaby rozmowę, choćby banalną i głupiutką, ale taką wypełniający ustny letarg. Nie chciała mydlić już niczyich oczu, ta szarada, przeklęte milczenie, pytania zostawiane bez odpowiedzi. Jeśli ją to męczyło, jak bardzo musiało męczyć i samego Murtagha?
Po dotarciu do zimowego ogrodu, złapała go całkiem pewnie za dłoń i poprowadziła wzdłuż wąskiej ścieżki. Bale altanki owinięte były pnącymi się niczym boa dusiciele roślinami, w które powpinano drobne, trochę tandetne wróżkowe światełka. Były najprawdopodobniej zapomniałymi pozostałościami po świętach bożego narodzenia, lecz bądź co bądź, w świetle dnia dziennego nie robiły na nikim wrażenia.
Na mozaikowej podłodze tkwiła ławka, okryta śnieżnym płaszczem, lecz nawet i bez niego, nie śmiała na niej usiąść.
Co mu zrobisz Diano?
Upuściła jego dłoń, ze świstem wypuszczając powietrze z płuc. Musiała w końcu to uczynić.
A może jeszcze nie jest za późno?
Może jeszcze coś da się zrobić?
— Nasze rodziny nie chcą żebyśmy byli razem. Mój ojciec kategorycznie zabronił mi cię widywać.
Drgnęła pod chrzęstem wyroku jaki sobie właśnie wydała; znieruchomiała, spoglądając na niego z popłochem, jak gdyby słowa te mogło zmaterializować się z dźwięku i zanurzyć w nich zęby, tak okrutne, tak niezasłużone. Rozchyliła usta i broda zadrżała jej łagodnie.
— Ja... myślałam że wiesz. Ale twoje listy... nie wiem dlaczego ci niczego nie powiedzieli.
Chwasty trzeba wyrywać.