Jakimś cudem Victoria łączyła w perfekcyjnym balansie chęć dopasowania się do otoczenia i ludzi jak i to, że potrafiła się uprzeć przy swoim. Nawet zaś kiedy się uparła to nie robiła tego tak, jak Sauriel. To był... jakiś zupełnie inny poziom, może dlatego, że on schodził do przesady. Kiedy już powiedział "A" to musiało się ono stać, bo jeśli się nie stało niszczył wszystko przed sobą, byle tylko do tego dotrzeć. Włącznie z samym sobą, jeśli tylko była taka potrzeba. Absurdalnie wysoka konieczność posiadania przestrzeni wokół siebie czyniła z niego lisa ze wścieklizną. Mógł wydawać się biednym zwierzęciem do pogłaskania, a w rzeczywistości w każdej chwili mógł rzucić się do szyi i zacząć szarpać zębami. Kłami przystosowanymi do rwania mięsa. Victoria była bardziej rozsądna. Sauriel dość często kierował się emocjami w swoich decyzjach a wszystko, co mu przeszkadzało w wędrowaniu tą drogą było zagrożeniem. Kłodą na drodze, której nie możesz przejść, bo tak zapisano w skrypcie tej gry. Jednak możesz ją pociąć, połamać, wyjebać wielki pień. Wtedy idziesz dalej. A drzewo? Może ktoś je zbierze, w końcu nie każdego stać było na kupno węgla do piecyków.
Życie rzadko było zero jedynkowe i przekonaliśmy się o tym nie raz i nie dwa. Życie miało ciąg liczb, z czego potrafiły się dzielić, mnożyć, wdawać w ułamki i potem przechodzić w dziwaczne wzory, gdzie nawet znajdziesz jakieś literki. To, co działo się w jego domu, nie było wcale takie proste, jak powiedzenie, że to dla własnej satysfakcji, że to... Łatwo było myśleć, że to było takie proste, że tutaj wcale nie zaszły skomplikowane obliczenia. Ale przecież Joseph i Eryk wcale nie mieli prostej relacji również. Nie miał pojęcia, co działo się między nimi, bo wydawali się dobrze ze sobą dogadywać - tak na co dzień. Przecież on i ten staruszek również mogli tak wyglądać. Cholera, gdzieś w tym spierdoleniu, w przyzwyczajeniu do tego, jak jest i pogodzeniu się z tym, że tak będzie, oni też się dogadywali i wyglądało, jakby pozornie wszystko było w porządku. Pozory - oto korona na głowach królów i wszystkich, którzy rządzili tym światem. Ostatecznie była to też korona Sauriela. W końcu wszystko wydawało się być w porządku. Wystarczy nie zaglądać za firankę, nie patrzeć na to, co dzieje się za ścianami. Słabości ludzkie miały tym silniejsze korzenie, im mocniej wrastałeś w rodzinny dom, w którym się wykluwały.
- Dopóki "my" zawierało naszą dwójkę. - Odpowiedział znów wracając do stanu wyczerpanych baterii i całkowitego opadnięcia. - Dobrze... - Chciał zapytać, czy potrzebowała pomocy, ale... czy na pewno chciał o to pytać? Znów to samo. Niezdecydowanie, z jednej strony chcesz zostać przy tym, jak jest, a z drugiej uciec jak najdalej. Żeby mieć spokój, żeby ona miała spokój. Już nie myśleć o sobie wzajem i bezpiecznie żyć dalej. No... przynajmniej ona mogła dalej żyć. - A co? Nagabują cię, że masz "świetnego" narzeczonego? - Zapytał z nutką sarkazmu w głosie. Wcale by się nie zdziwił i nie miał żalu. Bardzo dobrze robili. Mogła mieć dość, ale powinna pójść po rozum do głowy i posłuchać. On też powinien posłuchać, ale jak na złość nie potrafił tutaj być taki stanowczy. To już nie było to samo co z Charlesem. Nawet gdyby się rozeszli - zależałoby mu dalej. To nie byłby żaden sekret. - Ay... musiałbym. - Powtórzył cichym pomrukiem, spoglądając na szklankę z whiskey. Nadal był zdecydowanie zbyt trzeźwy. - Dzięki, Viki. - Czas musiał samodzielnie zamazać i zakryć wiele rzeczy. Pomagał poradzić sobie z porażająco dużą ilością rzeczy. - Gdyby cokolwiek się działo... możesz na mnie liczyć. - Cokolwiek. Oby nigdy nie przyszło im stanąć po przeciwnych stronach barykady. - Pomóc ci z tą przeprowadzką?
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.