Stanley był naprawdę szalonym człowiekiem. Kiedy mu tak rzucił, że może jednak zmieniłby rewir, zostawił to Ministerstwo, szczególnie, że cholera, nie wiadomo czy nie rzucą na niego wyroku, zajął się z nim biznesem na Nokturnie to nie sądził, że mężczyzna sobie to tak poukłada, że powie samemu sobie: no, jasne. W PYTĘ. Weźmie, kupi lokal, postawi knajpę w dwa miesiące (czy w ogóle w ile, bo nawet nie był pewien) i już na początku lipca zarządzi wielki opening. O którym dowiedział się zaledwie dzień wcześniej, bo akurat niekoniecznie Sauriel wsłuchiwał się w plotki o tym, kto jaki lokal nabywa. Jego mina, kiedy Staszek go wprowadził do tego miejsca musiała być bezcenna. I bezcennie przecinać ten maraz i nijakość, jaki ostatni wlepiał się i wtapiał w jego osobowość. Nie przyjść. Nie mógłby nie przyjść. Szczególnie, że... Stanley go uszczęśliwił. Nie bardzo wiedział, czy zrobił to bardziej dla siebie samego, czy może dla niego, albo zgodnie z komunistyczną myślą: dla nas i niekoniecznie nad tym dumał. Mulciberowi udało się poruszyć to martwe serce Sauriela i sprawić, że przez dobrych kilka minut stał w tej knajpie jakby się wyłączył. Z początku nawet nie do końca docierało do niego to, że to naprawdę teraz Stanleya.
Przyszedł przed czasem - poczuwał się do tego wręcz zobowiązany. Wyciągnął nawet z kąta swoją gitarę i ją przytargał ze sobą w futerale, której naprawdę dość dawno nie dotykał, nie czując potrzeby. I chociaż wszedł jak do siebie, to jak na czarnowłosego to było bardzo ciche wejście. Wręcz bezszelestne, które sobą prezentował tylko wtedy, kiedy czyjaś głowa miała z łba spaść. Albo przez ostatnie dni od tamtego felernego dnia, po którym Sauriel zachowywał się jak prawdziwy trup za życia. Wypompowany z niemal każdej emocji. Nawet i wiekopomnego marudzenia.
- Ahoy kamraci. - Odezwał się od progu, rozchylając jedną rękę na bok flegmatycznym gestem, jakby gotów był ich tutaj wszystkich wyściskać. Nawet lekki smirk pojawił się na jego ustach, kiedy spojrzał na barmana i Staszka czarnymi oczami. - Czy ja teraz mam się tak zjebanie z wami witać? Dlaczego w ogóle ten morski ton? Przez to moje ciągłe "ay"? - Był świadom tego nawyku, nawet nie bardzo wiedział, skąd go wziął, nie pamiętał. Jak to z nawykami bywa, szczególnie tymi związanymi z mową - ciężko z nimi walczyć.
Staszka faktycznie klepnął po plecach zbijając z nim grabę, a barmanowi uścisnął dłoń, zsuwając futerał z gitarą na boku za ladą. Ubrany w skórzaną kurtkę podparł się przedramionami o blat, spoglądając na rudą, a potem na drzwi wejściowe.
- Jeszcze dwa miesiące temu nie powiedziałbym, że zadomowię się w lokalu Stanleya Mulcibera... - Mruknął niby to sam do siebie, ale w zasadzie dzieląc się ze swoją bratnią duszą tą myślą. Może nawet oczywistą. Czasami miał wrażenie, że przy Stanleyu mógł milczeć i tylko patrzeć mu w oczy, a przesył danych odbywał się sam. Nie trzeba nic mówić. Wystarczy... patrzeć. Chyba po prostu znali się zbyt długo. - Sztos... - Pokiwał parę razy głową, nadal nie mogąc uwierzyć, że stoi w tym miejscu, w tym punkcie, przy Stanleyu. Że osoby, które tu wejdą, będą ich gośćmi. - Naprawdę sztos... - Powtórzył cicho w zamyśleniu.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.