01.11.2023, 20:10 ✶
1 czerwca 1972
Dom mody Rosier, ul. Pokątna || Merkuria Rosier & Christopher Rosier
Córka Rigellusa Rosiera, a obecnie starsza krawcowa Domu Mody Rosier, doszła do wniosku, że ze wszystkich dźwięków na świecie najbardziej nienawidzi obecnie odgłosu wydawanego przez maszyny do szycia. Zwłaszcza zaś nie znosiła ich turkotu, który towarzyszył nagłym szarpnięciom, gdy pracownice szwalni dociskały pedały swoich maszyn. Działało jej to na nerwy; przede wszystkim dlatego, że nie mogła się skupić na wiadomości otrzymanej od ojca. Spodziewała się, że może otrzymać taką odpowiedź, jednak i tak wzburzyła krew płynącą w jej żyłach.
Ciągła kontrola. Brak autonomii. Zamykanie przed nią drogi do samodzielności. Albo troska o mój czas i zdrowie, pomyślała z niechęcią, mimowolnie szukając usprawiedliwienia dla decyzji swego ojca. Przymknęła na moment oczu, masując sobie nasadę nosa. Doceniała to, że krewniacy pozwolili jej zostać w firmie po tym, jak pierwsze skrzypce w jej życiu zaczęły grać problemy zdrowotne powiązane z bezsennością, jednak postawa Rigellusa i tak doprowadzała ją do szewskiej pasji.
Związała swoje życie z działalnością rodziny jeszcze zanim oficjalnie złożyła tutaj swoje pierwsze CV, a i tak miała wrażenie, że jej nie ufano. Poprawka: ojciec jej nie ufał. Chciał mieć wgląd w każdy plan, każdy szkic, przestudiować każdą ideę, jaka nawiedził jej umysł. Dopiero gdy dawał jej pełną aprobatę, mogła faktycznie myśleć o wprowadzeniu swoich pomysłów w życie. Teraz najwidoczniej znalazł sobie asystenta, który miał go wyręczyć przy wydaniu kolejnego wyroku.
Cholerny Christopher, przeklęła w myślach, odchodząc od swojego pulpitu z grafikami koncepcyjnymi nowej kolekcji. Zabrała plik dokumentów i dwie teczki ze szkicami i bez słowa wyjaśnienia dla innych krawcowych wyszła na klatkę schodową, aby następnie ruszyć na piętro. Jej celem było biuro jednego z kuzynów. Oczami wyobraźni już widziała go za biurkiem, w tym jego garniturku za trzy tysiące galeonów i tym zakołtunionym uśmiechem na twarzy. Uchyliła drzwi do klaustrofobicznej recepcji, w której ledwo udało się upchnąć biurko dla pracownicy i kilka krzesełek dla petentów. Jej przybycie momentalnie przykuło uwagę asystentki. Wystarczyła szybka wymiana spojrzeń, a Mercy otrzymała wszystkie potrzebne informacje. Chris był teraz sam.
— Proszę za pięć minut przynieść herbatę do gabinetu — zarządziła zachrypniętym głosem. — Trzy czwarte filiżanki, łyżeczka miodu akacjowego zamiast cukru.
Nie zamierzała się kajać przed Christopherem i spędzić tutaj dwóch godzin, tłumacząc mu ze szczegółami zamysł swoich nowy projektów. Zależało jej tylko na tym, aby pod oficjalnymi dokumentami znalazła się jego parafka, co pozwoli jej wprawić w ruch maszynę, która popchnie jej pracę do przodu. Przez niezmiernie długą chwilę fantazjowała o tym, jak wparowuje do gabinetu kuzyna, łapie go za rękę i zmusza do tego, aby zostawił swój autograf na odpowiednich papierach, aż w końcu weszła do środka. Rzeczywistość raczej sprowadzi ją na ziemię.
— Na korytarzu pusto, w recepcji pusto... Zaczyna ci brakować klientów, kuzynie? — rzuciła w ramach powitania, uśmiechając się cierpko. Minimalne uniesienie kącików ust tylko podkreśliło jej woreczki pod oczami. Oznaka kolejnej nieprzespanej nocy. Poprawiła poły szarej szaty służbowej, którą miała na sobie, po czym przysiadła na fotelu. — Powinnam się martwić? Może potrzebujesz pomocy?
Spojrzała na niego dobrotliwie, chociaż w środku skręcało ją na samą myśl, żeby miałaby wyciągnąć do niego pomocną dłoń. I to po tym, jak jej własny ojciec wysłał ją do niego, żeby pozwolił jej uszyć kilka ciuchów. Gra pozorów wiele jednak znaczyła w środowisku czystej krwi, a Dom Mody pełen był wychowanków z familii, które wręcz kipiały od tradycyjnych poglądów. Musiała trzymać nerwy na wodzy. Odrobina samokontroli, a dostanie to, czego chce. Prawda?
Ciągła kontrola. Brak autonomii. Zamykanie przed nią drogi do samodzielności. Albo troska o mój czas i zdrowie, pomyślała z niechęcią, mimowolnie szukając usprawiedliwienia dla decyzji swego ojca. Przymknęła na moment oczu, masując sobie nasadę nosa. Doceniała to, że krewniacy pozwolili jej zostać w firmie po tym, jak pierwsze skrzypce w jej życiu zaczęły grać problemy zdrowotne powiązane z bezsennością, jednak postawa Rigellusa i tak doprowadzała ją do szewskiej pasji.
Związała swoje życie z działalnością rodziny jeszcze zanim oficjalnie złożyła tutaj swoje pierwsze CV, a i tak miała wrażenie, że jej nie ufano. Poprawka: ojciec jej nie ufał. Chciał mieć wgląd w każdy plan, każdy szkic, przestudiować każdą ideę, jaka nawiedził jej umysł. Dopiero gdy dawał jej pełną aprobatę, mogła faktycznie myśleć o wprowadzeniu swoich pomysłów w życie. Teraz najwidoczniej znalazł sobie asystenta, który miał go wyręczyć przy wydaniu kolejnego wyroku.
Cholerny Christopher, przeklęła w myślach, odchodząc od swojego pulpitu z grafikami koncepcyjnymi nowej kolekcji. Zabrała plik dokumentów i dwie teczki ze szkicami i bez słowa wyjaśnienia dla innych krawcowych wyszła na klatkę schodową, aby następnie ruszyć na piętro. Jej celem było biuro jednego z kuzynów. Oczami wyobraźni już widziała go za biurkiem, w tym jego garniturku za trzy tysiące galeonów i tym zakołtunionym uśmiechem na twarzy. Uchyliła drzwi do klaustrofobicznej recepcji, w której ledwo udało się upchnąć biurko dla pracownicy i kilka krzesełek dla petentów. Jej przybycie momentalnie przykuło uwagę asystentki. Wystarczyła szybka wymiana spojrzeń, a Mercy otrzymała wszystkie potrzebne informacje. Chris był teraz sam.
— Proszę za pięć minut przynieść herbatę do gabinetu — zarządziła zachrypniętym głosem. — Trzy czwarte filiżanki, łyżeczka miodu akacjowego zamiast cukru.
Nie zamierzała się kajać przed Christopherem i spędzić tutaj dwóch godzin, tłumacząc mu ze szczegółami zamysł swoich nowy projektów. Zależało jej tylko na tym, aby pod oficjalnymi dokumentami znalazła się jego parafka, co pozwoli jej wprawić w ruch maszynę, która popchnie jej pracę do przodu. Przez niezmiernie długą chwilę fantazjowała o tym, jak wparowuje do gabinetu kuzyna, łapie go za rękę i zmusza do tego, aby zostawił swój autograf na odpowiednich papierach, aż w końcu weszła do środka. Rzeczywistość raczej sprowadzi ją na ziemię.
— Na korytarzu pusto, w recepcji pusto... Zaczyna ci brakować klientów, kuzynie? — rzuciła w ramach powitania, uśmiechając się cierpko. Minimalne uniesienie kącików ust tylko podkreśliło jej woreczki pod oczami. Oznaka kolejnej nieprzespanej nocy. Poprawiła poły szarej szaty służbowej, którą miała na sobie, po czym przysiadła na fotelu. — Powinnam się martwić? Może potrzebujesz pomocy?
Spojrzała na niego dobrotliwie, chociaż w środku skręcało ją na samą myśl, żeby miałaby wyciągnąć do niego pomocną dłoń. I to po tym, jak jej własny ojciec wysłał ją do niego, żeby pozwolił jej uszyć kilka ciuchów. Gra pozorów wiele jednak znaczyła w środowisku czystej krwi, a Dom Mody pełen był wychowanków z familii, które wręcz kipiały od tradycyjnych poglądów. Musiała trzymać nerwy na wodzy. Odrobina samokontroli, a dostanie to, czego chce. Prawda?