03.11.2023, 22:49 ✶
Macmillan nieszczególnie lubiła Ostarę już wcześniej, ale odkąd częścią jej życia przestał być starszy brat, wszystko stało się jeszcze mniej wyraziste. Smutno to pewnie brzmiało, bo Eostre była zdaniem wielu najbardziej pasującą do niej boginią - raz nawet zdarzyło jej się pozować do przedstawiającego ją obrazu malowanego przez Agathę, z czego niegdyś była niezwykle dumna, ale teraz w ogóle nie czuła radości z nadejścia wiosny. Mogły topnieć śniegi, z traw mogły wybijać jej ulubione kwiaty, a ona wciąż była smutna - bo jego nie było obok, a samotność coraz mocniej ją przytłaczała. Septima nie była jedyną osobą wyobcowaną w kowenie, ale miała to wybitne szczęście, że jej bywanie w Whitecroft wiązało się jedynie z wizytami, a nie trwaniem tu dzień w dzień, żeby słuchać upokarzających ją tekstów. Może dlatego też była dla ich kuzynek tak dobrą ofiarą... Nie zdążyła się tak jak Sarah nabrać jakiejś gruboskórności względem głupkowatych zaczepek.
Ale to nie była historia prosta.
Nie czytała Septimie w myślach, nie mogła skorygować jej obrazu rzeczywistości, ale ich kuzynki mówiły prawdę o przekąskach podczas Beltane. Była tego pewna, ponieważ sama je przygotowywała i nie próżnowała w dodawaniu do babeczek różnych specyfików mających uczynić zabawę jeszcze lepszą. Nie czuła się winna tego, że Septima przynosiła kanapki, bo po pierwsze - miała do tego prawo, po drugie - to były kanapki z pasztetem, a to wcale nie sugerowało unikania jedzenia zawartych w ciastach eliksirów, tylko unikanie wegańskich przepisów, a na mięsożerców Sarah spoglądała z dużym dystansem. Oczywiście nie złowrogo... Ona nie była złośliwa, co najwyżej była piekielnie irytująca, szczególnie kiedy odpowiadała na wszystko tak szybko, jakby wcale nie musiała się namyśleć i w większości przypadków rzucała myśli niezwykle trafne. Należała do wąskiej grupy ludzi niezwykle ekscentrycznych i wygadanych. Nieco dzikich, jakby miała zaraz przebiec się pomiędzy zaklętymi kamieniami, przeklinając tych, którzy zaszli jej za skórę, tańczyć wokół ogniska oglądając migające na nieboskłonie gwiazdy, a jednocześnie posiadała dużo wiedzy i mądrości, jakiej się po kimś jej pokroju niekoniecznie spodziewano. Przede wszystkim jednak Sarah była po prostu ciepła. Ale nie w ten sposób, w jaki ciepłe jest słońce okalające zmarzniętą twarz. Była ciepła jak noc nad wodą, kiedy letni wiatr muskał twoje policzki, a światło księżyca budowało wokół atmosferę spokoju. Aż dziw brał, że w czasach szkolnych funkcjonowała jako tło.
Nie szukała Septimy wśród gromadzących się ludzi. Szczerze mówiąc, nieszczególnie przejmowała się tym, kto z rodziny tutaj przyjdzie i kiedy, bo była zawsze potwornie zajęta przygotowaniami, bo zawsze, nawet w te mniej ulubione sabaty, starała się trochę na zapas. Podniosła z ziemi skrzynkę, na którą wcześniej rzuciła zaklęcie zmniejszające jej wagę i odwróciła się w kierunku stołu, na którym chciała ją postawić, ale wtedy właśnie ją zauważyła, a widząc ją, nie mogła nie spostrzec, że Ollivander wpatrywała się właśnie w nią.
- Cześć, Septima! - Rzuciła wesoło, maskując buzujący w niej żal. - Ładną masz dzisiaj sukienkę. Przyszłaś z tatą?
Ale to nie była historia prosta.
Nie czytała Septimie w myślach, nie mogła skorygować jej obrazu rzeczywistości, ale ich kuzynki mówiły prawdę o przekąskach podczas Beltane. Była tego pewna, ponieważ sama je przygotowywała i nie próżnowała w dodawaniu do babeczek różnych specyfików mających uczynić zabawę jeszcze lepszą. Nie czuła się winna tego, że Septima przynosiła kanapki, bo po pierwsze - miała do tego prawo, po drugie - to były kanapki z pasztetem, a to wcale nie sugerowało unikania jedzenia zawartych w ciastach eliksirów, tylko unikanie wegańskich przepisów, a na mięsożerców Sarah spoglądała z dużym dystansem. Oczywiście nie złowrogo... Ona nie była złośliwa, co najwyżej była piekielnie irytująca, szczególnie kiedy odpowiadała na wszystko tak szybko, jakby wcale nie musiała się namyśleć i w większości przypadków rzucała myśli niezwykle trafne. Należała do wąskiej grupy ludzi niezwykle ekscentrycznych i wygadanych. Nieco dzikich, jakby miała zaraz przebiec się pomiędzy zaklętymi kamieniami, przeklinając tych, którzy zaszli jej za skórę, tańczyć wokół ogniska oglądając migające na nieboskłonie gwiazdy, a jednocześnie posiadała dużo wiedzy i mądrości, jakiej się po kimś jej pokroju niekoniecznie spodziewano. Przede wszystkim jednak Sarah była po prostu ciepła. Ale nie w ten sposób, w jaki ciepłe jest słońce okalające zmarzniętą twarz. Była ciepła jak noc nad wodą, kiedy letni wiatr muskał twoje policzki, a światło księżyca budowało wokół atmosferę spokoju. Aż dziw brał, że w czasach szkolnych funkcjonowała jako tło.
Nie szukała Septimy wśród gromadzących się ludzi. Szczerze mówiąc, nieszczególnie przejmowała się tym, kto z rodziny tutaj przyjdzie i kiedy, bo była zawsze potwornie zajęta przygotowaniami, bo zawsze, nawet w te mniej ulubione sabaty, starała się trochę na zapas. Podniosła z ziemi skrzynkę, na którą wcześniej rzuciła zaklęcie zmniejszające jej wagę i odwróciła się w kierunku stołu, na którym chciała ją postawić, ale wtedy właśnie ją zauważyła, a widząc ją, nie mogła nie spostrzec, że Ollivander wpatrywała się właśnie w nią.
- Cześć, Septima! - Rzuciła wesoło, maskując buzujący w niej żal. - Ładną masz dzisiaj sukienkę. Przyszłaś z tatą?
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.