04.11.2023, 23:42 ✶
W życiu Cynthii Flint zawsze brakowało wzorca dorosłej kobiety, matki. Bardzo szybko musiała dorosnąć, nauczyć się pomagać ojcu oraz bratu, a przede wszystkim, to właśnie twa dwójka stanowiła dla niej poniekąd pod względem rozwoju emocjonalnego. I był on niezwykle słaby, Castiel był przeraźliwie nieśmiały większość swojego życia i bał się odezwać, sporo płakał, a ojciec natomiast pozostawał niewzruszony, starając się dostosować rzeczywistość pod to, czego od niej oczekiwał. Widział to, co chciał widzieć, nie był wylewny i nie okazywał słabości. Pod takim działaniem niemożliwym było, aby pozostała normalna, reagowała właściwie. Z czasem więc nauczyła się emocje wyciszać, regulować ich wpływ na swoje zachowanie, a niekiedy zupełnie zapominała o ich istnieniu. Była dziewczyną niezwykle konkretną, ceniącą sobie ład oraz porządek, odrobinę pedantyczną i każdy, najmniejszy zalążek chaosu sprawiał, że musiała coś zmienić w obranym przez siebie scenariuszu i w wybranej masce. Louvain był w jej życiu właśnie takim niespodziewanym i kompletnie rozstrajającym aspektem. I nie miała właściwie pojęcia, kiedy w ciągu tych lat ich przyjaźń i fakt, że mu pomagała, ewoluowała w takim kierunku, podsycana magią druidów. Przecież w szkole był nieznośny!
Zwilżyła wargi, wbijając spojrzenie gdzieś w przestrzeń. Myślała, analizowała wszystkie możliwe scenariusze, próbując jak zwykle się przygotować, dobrać odpowiednio słowa. Tylko co było w tym przypadku dobrą wypowiedzią? Głupi wyjątek, który wprowadził cały ten galimatias. Ojciec owszem sugerował, że powinna świętować Beltaine, jak wszystkie szanujące się rodziny, ale zawsze miała pracę. Nie była taka, jak Lou — nie szukała poklasku, popularności, a już na pewno nie miała tylu pełnych adoracji spojrzeń wędrujących w jej kierunku. Przesunęła na niego spojrzenie, jakoś zirytowana tą myślą i westchnęła cicho, czując dyskomfort przez to, że nie wiedziała, co z tym zrobić. Zwykle to Loretta była jego ulubienicą, ale przecież zdawała sobie sprawę, ile kobiet było w życiu czarnowłosego czarodzieja, nawet jeśli stanowiły tylko odskocznię do spełnienia zachcianek typowo erotycznych. Bo on nie był człowiekiem, który dopuszczał do siebie ludzi, pomimo tego, jak był popularny i jak zakochiwał się w towarzystwie. Nie uzewnętrzniał się, nie chciał budować czegokolwiek, chciał po prostu uniesień — a przynajmniej tak się Cynthii wydawało, bo na jego tle, była przecież tylko niewinnym motylem z dość skąpym doświadczeniem.
Ze wszystkich tych kwiatów, wybrał jej wianek. I kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie było jej wtedy miło, nawet jeśli uznawała to za znak dobrej woli. Błękitne spojrzenie blondynki próbowało znaleźć w jego twarzy jakąkolwiek sugestie, jednak był równie dobrym aktorem, co ona — no, pomijając wybuchy gniewu, kiedy to zupełnie nad sobą nie panował.
- Tak, wiem. Twoja siostra nie była zachwycona. - przyznała z delikatnym wzruszeniem ramion, spoglądając w otrzymany od niego kieliszek. Przed oczami zatańczyła jej twarz ciemnowłosej dziewczyny, tak do Lou podobnej, a tak innej. Kochała go najbardziej na świecie i chociaż zazdrosne spojrzenie mogło wydawać się nieco przesadzone, w jakiś sposób była w stanie zrozumieć to, co łączyło bliźnięta. - I naprawdę myślisz, że wydarzyła się, bo tak miało być, a nie dlatego, że Ty i.. - urwała na chwilę, podnosząc na niego wzrok. Obróciła się nieco, siadając tak, aby mieć go bardziej przed sobą. Nie zdecydowała też, jak tego całego czarnoksiężnika, w które sprawy zaangażowany był Lou, nazywać. - I on naruszyliście tabu? - dodała, przekręcając głowę na bok, pozwalając, aby jasne pasmo łagodnie spłynęło do przodu, łaskocząc jej policzek. Nie mogła powstrzymać delikatnie uśmiechu, gdy patrzył na nią w ten uroczy, zupełnie inny niż dotychczas sposób. Nie uśmiechał się tak wcześniej. Coś się zmieniło w sposobie, w jaki ją traktował. Czy to był tylko efekt magii? Czy robił to, bo kazała mu więź, którą mieli? Czy ona tak robiła, bo ogień zatańczył wyjątkowo jasno na tamtych palach? Cynthia nigdy nie była zbyt pozytywnie nastawiona do wróżbiarstwa i przeznaczenia. Przez wykształcenie, które miała, trudno było jej uwierzyć, że coś mogło być bez logicznego uzasadnienia i namacalnej przyczyny.
- No tak, masz narzeczoną, pamiętam. - odpowiedziała wciąż spokojnie, umiejętnie maskując drobne drżenie, które mogło naruszyć jej struny głosowe. Upiła trochę wina, czując kolejną falę irytacji i przeniosła wzrok na kominek. Chłód sprzyjał jej panowaniu nad sobą, była przyzwyczajona do niskich temperatur. Pomagały zarówno zatrzymać proces rozkładu, jak i rozpadania się wewnętrznie. Odstawiła kieliszek, przeczesała palcami włosy i wyprostowała głowę, wbijając w niego spojrzenie. - Loretta się wścieknie, że się żenisz. Mając jednak na uwadze konsekwencję sprzeciwu wobec rodziców, nie bardzo masz wyjście. Zresztą, jesteśmy w takim wieku, że żadne z nas przed tym nie ucieknie. - zaczęła, pozwalając sobie na nieco pogodniejszy uśmiech, jakby próbowała poprawić mu humor. Spoważniała jednak, unosząc dłoń i przysuwając ją do ciemnookiego, obuszkami palców dotknęła zimnego policzka. Kierując się w dół, ułożyła je na jego podbródku i uniosła jego twarz tak, aby zwyczajnie nie miał wyboru i musiał na nią spojrzeć. Cynthia Flint nie była tchórzem, nie była cichą i nieśmiałą dziewczynką, która szanowała cudzą przestrzeń osobistą, ale do tego powinien być już przyzwyczajony. - Nie jesteś dla mnie właściwy, a jednak niesamowicie irytuje mnie myśl, że nasza relacja będzie musiała się zmienić, skoro znajdziesz sobie żonę. Zastanawiam się tylko, ile w tym wewnętrznym chaosie jest mnie, a ile jest w nim Beltane. Bo żadne z nas nie zasługuje na to, aby żyć na uczuciach wykreowanych przez magię Lou. - zakończyła cicho, bo nawet nie zwróciła uwagi, że mówiła szeptem. Wpatrywała się po prostu w jego twarz, czasem pozwalając sobie na zatonięcie w ciemnych oczach, wciąż palcami podtrzymując podbródek. Skąd miała wiedzieć?
Zwilżyła wargi, wbijając spojrzenie gdzieś w przestrzeń. Myślała, analizowała wszystkie możliwe scenariusze, próbując jak zwykle się przygotować, dobrać odpowiednio słowa. Tylko co było w tym przypadku dobrą wypowiedzią? Głupi wyjątek, który wprowadził cały ten galimatias. Ojciec owszem sugerował, że powinna świętować Beltaine, jak wszystkie szanujące się rodziny, ale zawsze miała pracę. Nie była taka, jak Lou — nie szukała poklasku, popularności, a już na pewno nie miała tylu pełnych adoracji spojrzeń wędrujących w jej kierunku. Przesunęła na niego spojrzenie, jakoś zirytowana tą myślą i westchnęła cicho, czując dyskomfort przez to, że nie wiedziała, co z tym zrobić. Zwykle to Loretta była jego ulubienicą, ale przecież zdawała sobie sprawę, ile kobiet było w życiu czarnowłosego czarodzieja, nawet jeśli stanowiły tylko odskocznię do spełnienia zachcianek typowo erotycznych. Bo on nie był człowiekiem, który dopuszczał do siebie ludzi, pomimo tego, jak był popularny i jak zakochiwał się w towarzystwie. Nie uzewnętrzniał się, nie chciał budować czegokolwiek, chciał po prostu uniesień — a przynajmniej tak się Cynthii wydawało, bo na jego tle, była przecież tylko niewinnym motylem z dość skąpym doświadczeniem.
Ze wszystkich tych kwiatów, wybrał jej wianek. I kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie było jej wtedy miło, nawet jeśli uznawała to za znak dobrej woli. Błękitne spojrzenie blondynki próbowało znaleźć w jego twarzy jakąkolwiek sugestie, jednak był równie dobrym aktorem, co ona — no, pomijając wybuchy gniewu, kiedy to zupełnie nad sobą nie panował.
- Tak, wiem. Twoja siostra nie była zachwycona. - przyznała z delikatnym wzruszeniem ramion, spoglądając w otrzymany od niego kieliszek. Przed oczami zatańczyła jej twarz ciemnowłosej dziewczyny, tak do Lou podobnej, a tak innej. Kochała go najbardziej na świecie i chociaż zazdrosne spojrzenie mogło wydawać się nieco przesadzone, w jakiś sposób była w stanie zrozumieć to, co łączyło bliźnięta. - I naprawdę myślisz, że wydarzyła się, bo tak miało być, a nie dlatego, że Ty i.. - urwała na chwilę, podnosząc na niego wzrok. Obróciła się nieco, siadając tak, aby mieć go bardziej przed sobą. Nie zdecydowała też, jak tego całego czarnoksiężnika, w które sprawy zaangażowany był Lou, nazywać. - I on naruszyliście tabu? - dodała, przekręcając głowę na bok, pozwalając, aby jasne pasmo łagodnie spłynęło do przodu, łaskocząc jej policzek. Nie mogła powstrzymać delikatnie uśmiechu, gdy patrzył na nią w ten uroczy, zupełnie inny niż dotychczas sposób. Nie uśmiechał się tak wcześniej. Coś się zmieniło w sposobie, w jaki ją traktował. Czy to był tylko efekt magii? Czy robił to, bo kazała mu więź, którą mieli? Czy ona tak robiła, bo ogień zatańczył wyjątkowo jasno na tamtych palach? Cynthia nigdy nie była zbyt pozytywnie nastawiona do wróżbiarstwa i przeznaczenia. Przez wykształcenie, które miała, trudno było jej uwierzyć, że coś mogło być bez logicznego uzasadnienia i namacalnej przyczyny.
- No tak, masz narzeczoną, pamiętam. - odpowiedziała wciąż spokojnie, umiejętnie maskując drobne drżenie, które mogło naruszyć jej struny głosowe. Upiła trochę wina, czując kolejną falę irytacji i przeniosła wzrok na kominek. Chłód sprzyjał jej panowaniu nad sobą, była przyzwyczajona do niskich temperatur. Pomagały zarówno zatrzymać proces rozkładu, jak i rozpadania się wewnętrznie. Odstawiła kieliszek, przeczesała palcami włosy i wyprostowała głowę, wbijając w niego spojrzenie. - Loretta się wścieknie, że się żenisz. Mając jednak na uwadze konsekwencję sprzeciwu wobec rodziców, nie bardzo masz wyjście. Zresztą, jesteśmy w takim wieku, że żadne z nas przed tym nie ucieknie. - zaczęła, pozwalając sobie na nieco pogodniejszy uśmiech, jakby próbowała poprawić mu humor. Spoważniała jednak, unosząc dłoń i przysuwając ją do ciemnookiego, obuszkami palców dotknęła zimnego policzka. Kierując się w dół, ułożyła je na jego podbródku i uniosła jego twarz tak, aby zwyczajnie nie miał wyboru i musiał na nią spojrzeć. Cynthia Flint nie była tchórzem, nie była cichą i nieśmiałą dziewczynką, która szanowała cudzą przestrzeń osobistą, ale do tego powinien być już przyzwyczajony. - Nie jesteś dla mnie właściwy, a jednak niesamowicie irytuje mnie myśl, że nasza relacja będzie musiała się zmienić, skoro znajdziesz sobie żonę. Zastanawiam się tylko, ile w tym wewnętrznym chaosie jest mnie, a ile jest w nim Beltane. Bo żadne z nas nie zasługuje na to, aby żyć na uczuciach wykreowanych przez magię Lou. - zakończyła cicho, bo nawet nie zwróciła uwagi, że mówiła szeptem. Wpatrywała się po prostu w jego twarz, czasem pozwalając sobie na zatonięcie w ciemnych oczach, wciąż palcami podtrzymując podbródek. Skąd miała wiedzieć?