— Cześć, Brenna. Tak się składa, że mam. — Po tym jak został przywołany przez Brennę, postanowił do niej nieśpiesznie podejść. Powitał siedzącą w otoczeniu dyń Brennę z wesołym uśmiechem. Nawet niewielki wysiłek fizyczny przy jego chorobie nie był wskazany, na domiar on wywoływał u niego problemy z oddychaniem. Powolne spacery przy zachowaniu przez niego wymaganej ostrożności działały na niego korzystnie - była to namiastka normalnego życia, którego przecież nie chciał spędzić w zamknięty w murach, w czterech ścianach domu.
Dlatego tego październikowego dnia, podobnie jak większość uczniów Hogwartu, opuścił mury zamku. Powoli przysiadając obok jednej z dyń mógł przez chwilę odpocząć, choć to nie sprawi, że przestanie odczuwać zmęczenie i czuć osłabienie. W przeciwieństwie do wszystkich przebywających nad jeziorem, nie rozstawał się z płaszczem przewieszonym przez lewe ramię. Potrafiło mu się zrobić zimno w ciągu paru chwil i dlatego wolał mieć pod ręką dodatkowe okrycie wierzchnie. Podawanie komuś ręki na powitanie często było źródłem lekkiego dyskomfortu dla niego i witanej przez niego osoby, bo miał chłodną w dotyku skórę.
Leon uwielbiał Noc Duchów. Na czas Halloween jego dom rodzinny w Dolinie Godryka zostawał odpowiednio udekorowany - pojawiały się wydrążone dynie, zaczarowane nietoperze i podawano między innymi dyniowe paszteciki. Nie różniła się wiele od tej obchodzonej w Hogwarcie - brakowało jedynie duchów, których jego matka nie wywoływała w tym szczególnym czasie. Obserwowanie operującej nożem Brenny podczas rzeźbienia w dyni przywoływało wspomnienia wszystkich poprzednich Nocy Duchów i wywołało u niego szczery uśmiech. Rozważał zaoferowanie pomocy swojej koleżance w wycinaniu kształtów w dyni, w duchu licząc się z odmową z jej strony. Choroba, z którą się zmagał, nie była żadną tajemnicą. Jakakolwiek odmowa nie należała do rzeczy miłych.
— Uważam, że to doskonały pomysł. Przez poustawiane przez ciebie dynie ta Noc Duchów będzie jeszcze straszniejsza. — Pochwalił swoją koleżankę za ten pomysł. — Chcesz sama wydrążyć te czternaście dyń? — Zapytał po chwili, z nieukrywanym zainteresowaniem. Wykonanie łącznie piętnastu lampionów bez magii zajmie jej trochę czasu.
— Stosowanym w mojej rodzinie sposobem jest zimny, magiczny ogień. Wygląda jak prawdziwy, świeci równie jasno, tyle że nie parzy i nie tworzy dymu. W pełni bezpieczny. Możesz nawet zamknąć je w słoiku. — Przedstawił Brennie sprawdzony sposób na uczynienie z dyni lampionów. Wystarczyło wsunąć koniec różdżki do wnętrza wydrążonej dyni i wytworzyć za pomocą magii takie płomienie. — Nie widziałem bardziej upiornej dyni i gdybym zobaczył taki lampion w środku nocy schodząc do pokoju wspólnego to bym się przestraszył. — Wyraził swoje zdanie odnośnie dyni, uznając ją za idealną pod każdym względem. Brenna wiedziała, co robi.
— Chcesz dyniowy pasztecik? Otrzymałem dzisiaj paczkę z domu. — Zaproponował Brennie poczęstunek w postaci dyniowych pasztecików, będących jedną z wielu otrzymanych w paczce pyszności. Paczka zawierała także świece rytualne i kadzidła, zapas ulubionej herbaty liściastej. Nie mogło zabraknąć listu.