Czarnowłosy uniósł dłoń w kierunku Nicholasa, który się pojawił i już chciał mówić "No" (które było alternatywą do: "ok") w odpowiedzi na jego pytanie czy to na poważnie, kiedy weszła jedna z zewnętrznych boginek w postaci Maeve i przyszła z pomocą odpowiadania na to... poważne pytanie. Sauriel nawet (o dziwo!) załapał żart (ale dopiero po przeczytaniu go przez autorkę ze cztery razy) i uśmiechnął się pod nosem. Z tym, że docenienie tego dowcipu przyszło z opóźnieniem, bo kobieta tarabaniła się z jakimś kurwa wielkim kawałkiem zielska. Mam nadzieję, że chociaż kopie. Że liście można ususzyć i jakaś faza będzie, albo co? Chociaż wyglądało jak jakaś pojebana brzoskwinka zmieszana z pomidorem czy ki chuj wie jeszcze z czym. Miał takie całkiem wątpliwe spojrzenie, kiedy spoglądał na to krzaczysko bez cienia inteligencji na mordzie i tylko z jedną uniesionią brwią. Co jednak trzeba oddać - zachował śmiertelną powagę, mimo że Maeve z tą donicą wyglądała całkowicie niepoważnie. Co trochę kłóciło się z jej własnym obrazem siebie samej na daną chwilę.
- Trochę nie twoje standardy, co Milczek? - Rzucił do Nicholasa, witając się gestem dłoni z mężczyzną. Z drugiej strony ten się włóczył po niejednej norze, a mimo jego milczącej natury i bycia gburkiem Sauriel go lubił. Miał chyba po prostu słabość do typów, którzy znosili jego pierdolenie i nie mówili mu, że ma się zamknąć.
- A jak bolesna jest śmierć? - O, proszę bardzo... człowiek chciał szukać ukojenia w słońcu, bo trucizny są problematyczne, a tutaj taki wspaniały prezent Stanley dostał... Chociaż miało to też inne zastosowania - na przykład nakarmienie kogoś, kogo mordy już nie chciałeś oglądać. Jeśli go nie lubiłeś tylko trochę, to spoko - niech umiera wolno. Ale jak go nie lubisz bardzo to lepiej, żeby zdychał powoli. Tak by się wydawało, bo w sumie Sauriel jak miał kogoś zabił - i chciał kogoś zabić - to szedł kogoś zabić, a nie bawić się w picipolo na małe bramki. Z paroma wyjątkami - na przykład Chester. Może się kiedyś nadarzy okazja, może kiedyś... Słuchał o tej jej Kolorowej Pisance, co to teraz miała bezpiecznie spoczywać w gabinecie profesora Stanleya i oglądał się, jak barman ją wynosił. Był pod wrażeniem, że jego Ananasek zanotował w pamięci tą nazwę, bo Sauriel choćby chciał to już chyba na zawsze zostanie dla niego Pisanką. Nawet nie załapał od razu, że to "Rookie" to było do niego. Bo kurwa chyba tylko Mewa tak do niego mówiła i był tak nieprzyzwyczajony do tego, że trybiki tu nie łapały. Dopiero po chwili się zorientował, pokazując na siebie paluchem, patrząc na nią z miligramem zdziwienia przemieszanym z pytaniem, ale na potwierdzenie nie czekał. - Czy ja ci kurwa wyglądam na duszę towarzystwa? - To Stanley był królem imprez, on zawsze szlajał się po zadupiach, najwyższych dachach najwyższych wież. Ale zaprosił niektórych, tak czy siak.
- Co wy tak z tymi prezentami... - Mruknął trochę bardziej przed siebie, unosząc dłoń, kiedy tylko Bella weszła przez próg w ramach powitania. - Bell, Piękna, poznaj Stacha. To Nicholas, a to Mewa. - Przedstawił ich wszystkich bardzo, bardzo turbo szybko i pobieżnie, ale przecież dziećmi nie byli, no poradzą sobie. Bo poradzą, prawda?! - Prezent tam. - Wskazał jak drogowskaz Stanleya, żeby nie było wątpliwości, kto tutaj jest gospodarzem. Za to zaraz wyłapując spojrzenie Belli wskazał kciukiem gitarę za barem dając znać, że balet jak najbardziej, ale to po paru głębszych. Kobieta prezentowała się jak prawdziwa królowa mrocznych ścieżek. Czy tam innych głębokich. Albo śmiertelnych. W każdym razie - królowa tej piwnicy, co z burzą swoich włosów mogłaby tutaj tańczyć. Sauriel lubił tańczyć (o czym niewiele osób wiedziało). Jeszcze mniej osób wiedziało, że w wolnej chwili wycinał krzesełka z ogórków i ślimaki, ale sam się o tej pasji przekonał ledwo przedwczoraj. - Prawdziwa Królowa Mroku. - Rołożył ramiona, jakby chciał ją przytulić, ale wcale taki przytulaśny nie był. To był raczej gest powitania.
I wtedy, na sam koniec, przybyła Ona. Matka Chrzestna ich nieoficjalnej działalności. Jeszcze nieoficjalnej - bo plotki się niosły, to swoją drogą, bo pewne formalizacje były czynione, a zresztą kto niby spisywał szajki Nokturnu? Natomiast byli chwilowo zlepkiem ludzi, którzy mieli dopiero się poznać, zacieśnić relacje, próbować coś osiągnąć. Wspólnie. Twardą czy lekką ręką - na pewno nie mordem i przemocą. To było stado pełne indywidualistów, a Sauriel to lubił. To było ważne, że każda tu postać była unikalna i coś wnosiła do ich grona. Nie rozsyłał w końcu zaproszenia do wszystkich swoich znajomych. Nie o to w tym chodziło. Uśmiechnął się na widok tego Skarbu, który znalazł (odkopał!) na ulicach Nokturnu. Tak, była szalona, ale kto tutaj był normalny? Bo nikogo o to nie podejrzewał. Wystrojona na milion galeonów, jakby chciała sama zamienić w Pająka, który poruszał ludźmi wszem i wobec jak marionetkami.
- Matko Chrzestna, poznaj Nicholasa i Bellę. - Wskazał na nich kolejno, bo nie wiedział, czy z kimkolwiek z nich miała okazję się zaznajomić. Potem wrócił dłonią i wskazał Lorraine. - Matka Chrzestna. Niektórzy mówią na nią Lorraine. - Sauriel rzadko mówił do ludzi po imionach. Stanley był w zasadzie... wielkim wyjątkiem. Rookwood ciągle wymyślał dziwne ksywki, które się podobały bardziej albo mniej. Pokręcił tylko głową na jej mizianka z Mewką, ale tak z serdecznym uśmiechem. Uwaga, SERDECZNYM UŚMIECHEM. To tak jeśli chodzi o metrykę dobrych humorków na sali. Dopiero jak Lorka już podeszła i nagle mu coś zawiesiła na skórzanej kurtce mruknął jak niezadowolony kot, spoglądając w dół i patrząc na ten zapaszek... no i co teraz? Pytanie co dalej Sauriel mógł zrobić z choinką? a) wyrzucić ją, b) zostawić, c) zapytać Lorraine czy ochujała... Sauriel ją podniósł, powąchał, zrobił minę z takim "no, fajnie pachnie" i zostawił zawieszoną na sobie. - Potem. - Kiwnął kobiecie przyjmując do świadomości, że sprawy się pokomplikowały.
- Trochę się miejsca ostatnio zwolniło na działalność. - Dodał do słów Stanleya, uśmiechając się - jak zawsze pełen wielkiego ducha, którym nadrabiał za ich dwójkę. Ale zaraz jego wzrok przeniósł się na tu obecnych. Uważna, czujne spojrzenie. Czarny Kot nie planował przejęcia Nokturnu. W jego spojrzeniu Nokturn już należał do niego.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.