05.11.2023, 02:36 ✶
Był mężczyzną, był Yaxleyem i mógł sobie pozwolić na ten komfort, jaki dawało bycie pełnym dystansu. Ona nie mogła — nie, jeśli chciała spełnić oczekiwania ojca i cokolwiek osiągnąć, bo w obecnych czasach ciężko było kobiecie osiągnąć sukces, zwłaszcza w zawodach, gdzie prym wiedli głównie mężczyzny. Nie zamierzała się jednak żalić lub płakać nad niesprawiedliwością wszechświata, z którą przecież dawno się pogodziła. Jej umiejętności i dostosowanie się do panujących dookoła warunków na przestrzeni lat osiągnęły bardzo wysoki poziom, a wyłączenie emocjonalne i praca nad kontrolą tego, co z emocji w niej zostało, sprawiały, że po prostu była uznawana za lubianą, przydatną, uroczą — zależnie od kręgu towarzyskiego i tego, co chciała osiągnąć. Prawda była jednak taka, że ludzie faktycznie, byli okrutni, rzeczywistości bardzo daleko było do sprawiedliwość, a karma nie zawsze wracała. I chociaż próbowała być jasna i promienna, była zwykle ciemna i pokręcona.
Zaskakujące było podobieństwo pomiędzy nimi, zaskakujące było, jak obydwoje nie chcieli pozwolić sobie na pomyłki, które mogłyby wpłynąć na ich reputację. Tak, jakby nie było nic ważniejszego od tego, jak postrzegał ich świat i tego, ile haków na nich miał. Cynthii było tak po prostu łatwiej funkcjonować, robiąc z daleka od wścibskich oczu wszystko to, co chciała. Nie przyglądała się sylwetką, nie spoglądała w ich stronę i nie próbowała doszukiwać się czegoś mroku skandynawskiej nocy. Niebo było ciekawsze niż sprawy, które przecież jej nie dotyczyły. Chłodne powietrze kolejny raz wypełniły płuca, zakołysały pasmami luźno puszczonych, jasnych włosów i wywołały na bladych policzkach drobny rumieniec. Było przyjemnie, chłodno — tak, jak lubiła. Niebo było zapierające dech w piersiach, nie mogła oderwać oczu od srebrnych punktów, jakby chciała zapamiętać na zapas, napatrzeć się tak, by po opadnięciu powiek, mogła do tego wrócić. Zawsze.
Odgłos kroków sprawił, że przybrała neutralny wyraz twarzy, doprowadziła się do względnego porządku i usiadła, wbijając w Nicholasa spojrzenie. Nie musiał jej niańczyć, była dużą dziewczynką, która zrzuciła mu się na głowę przez niefortunne zrządzenie losu.
- Naprawdę? - posłała mu pytające spojrzenie, lustrując skąpaną w półmroku twarz Nicholasa. Nie wyglądał na kogoś, kto odkładałby plany na później przez konieczność dotrzymania komuś towarzystwa, a jednak nie ruszył się z miejsca. Blondynka wyprostowała głowę, oplotła dłońmi kolana i oparła głowę na rękach, chwilę wcześniej jedną z nich klepiąc miejsce obok siebie, żeby usiadł. - Ne potrzebuje dużo snu, jeszcze nie moja pora.
Wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, nawiązując do swojej trwającej od lat bezsenności, do której była już przyzwyczajona. - Ty też nie wyglądasz na sennego. Arvid nie będzie rozczarowany, że zamiast spędzać czas z nim, tkwisz tu ze mną?
Nie miała na myśli niczego konkretnego, nie snuła wobec ich relacji czy interesów jakichkolwiek domysłów lub podejrzeń.
Zaskakujące było podobieństwo pomiędzy nimi, zaskakujące było, jak obydwoje nie chcieli pozwolić sobie na pomyłki, które mogłyby wpłynąć na ich reputację. Tak, jakby nie było nic ważniejszego od tego, jak postrzegał ich świat i tego, ile haków na nich miał. Cynthii było tak po prostu łatwiej funkcjonować, robiąc z daleka od wścibskich oczu wszystko to, co chciała. Nie przyglądała się sylwetką, nie spoglądała w ich stronę i nie próbowała doszukiwać się czegoś mroku skandynawskiej nocy. Niebo było ciekawsze niż sprawy, które przecież jej nie dotyczyły. Chłodne powietrze kolejny raz wypełniły płuca, zakołysały pasmami luźno puszczonych, jasnych włosów i wywołały na bladych policzkach drobny rumieniec. Było przyjemnie, chłodno — tak, jak lubiła. Niebo było zapierające dech w piersiach, nie mogła oderwać oczu od srebrnych punktów, jakby chciała zapamiętać na zapas, napatrzeć się tak, by po opadnięciu powiek, mogła do tego wrócić. Zawsze.
Odgłos kroków sprawił, że przybrała neutralny wyraz twarzy, doprowadziła się do względnego porządku i usiadła, wbijając w Nicholasa spojrzenie. Nie musiał jej niańczyć, była dużą dziewczynką, która zrzuciła mu się na głowę przez niefortunne zrządzenie losu.
- Naprawdę? - posłała mu pytające spojrzenie, lustrując skąpaną w półmroku twarz Nicholasa. Nie wyglądał na kogoś, kto odkładałby plany na później przez konieczność dotrzymania komuś towarzystwa, a jednak nie ruszył się z miejsca. Blondynka wyprostowała głowę, oplotła dłońmi kolana i oparła głowę na rękach, chwilę wcześniej jedną z nich klepiąc miejsce obok siebie, żeby usiadł. - Ne potrzebuje dużo snu, jeszcze nie moja pora.
Wyjaśniła z delikatnym wzruszeniem ramion, nawiązując do swojej trwającej od lat bezsenności, do której była już przyzwyczajona. - Ty też nie wyglądasz na sennego. Arvid nie będzie rozczarowany, że zamiast spędzać czas z nim, tkwisz tu ze mną?
Nie miała na myśli niczego konkretnego, nie snuła wobec ich relacji czy interesów jakichkolwiek domysłów lub podejrzeń.