05.11.2023, 04:53 ✶
Alastor niekoniecznie lubił takie zalatujące rodzinnymi obiadki, bo się nie wychował w domu, w którym coś takiego praktykowano (a jeżeli jego najbliżsi już się zjechali na jakieś święto, to bardzo często po to, żeby się o coś pokłócić), ale i tak Brennie nie odmówił. Może i plotła dużo, niekoniecznie chciało się słuchać całego tego strumienia słów, ale generalnie miał ją za człowieka dobrego i w miarę rozsądnego. Takiego, z którym warto było utrzymać relacje, a spotkań z nią nie zaliczał do kategorii tych nieprzyjemnych, bo może nie nadawali na identycznych falach, ale raczej nie wchodzili sobie w drogę. Wbrew informacjom zawartym w temacie, wcale do grona introwertyków nie należał (a przynajmniej się introwertykiem nie czuł) i pewnie zaśmiałby się gorzko, czytając to o sobie i Ashling, ale trzecie oko miał uśpione - los zamiast widzącym więcej niż wszyscy, postanowił uczynić go kundlem. Nic więc dziwnego, że kiedy tylko zobaczył nadbiegające psy, to kucnął od razu, żeby się z nimi czule przywitać.
- Cześć, Brenka - powiedział, patrząc na nią z dołu, zbyt zajęty pocieraniem po głowie tej zgrai sierściuchów, żeby się podnieść i ją przytulić. Zamiast tego obdarował ją więc szczerym uśmiechem. - Dzięki za zaproszenie. - Powinien dodać coś jeszcze? - Effie została w Londynie. - Ale to chyba było logiczne, że jej nie zabrał na skraj Kniei, w której omal nie zginął dwa razy w ciągu... uh, ostatniego miesiąca. To było coś wartego uwagi przy podejmowaniu decyzji o ulokowaniu bezbronnej kuzynki.
Dopiero po wygłaskaniu wszystkiego, co przybiegło tutaj merdając ogonem, Moody podniósł się i objął Brennę rękoma, zamykając ją w mocnym uścisku umięśnionych ramion.
- Masz mąkę na nosie - wskazał jej przy okazji, ale nie musiała robić z tym nic, bo sam potarł jej nos kciukiem prawej dłoni, skoro i tak znaleźli się obok siebie tak blisko. Bez dodatkowych komentarzy ruszył za nią korytarzami posiadłości Longbottomów, cudem powstrzymując głupkowaty chichot, kiedy gadała coś o Longbottomowych teoriach, jakby zupełnie nie zauważając, że dzielili z nią identyczne historie. Kiedy zadała mu ostatnie pytanie, dotarło do niego, że ona te wszystkie rzeczy musiała mówić, żeby wypełnić czas, może po prostu nie znosiła ciszy. Wątpił w to, żeby nie zauważyła przez te wszystkie lata, że w Dolinie mieszkał jeden z jego najlepszych przyjaciół, co samo w sobie wymuszało na nim bywanie tu o wiele częściej, niż by chciał. (Nie to, że miał coś do samej miejscowości, poza tym często wyjeżdżał do dziur zabitych dechami na ryby, ale ciężko było ukryć, że lepiej czuł się w mieście. Fakt faktem - to było silne braterstwo duszy, ale kochanie Botta nie oznaczało od razu, że musiał kochać wieś - życie z Ashling odpowiadało mu o wiele bardziej.)
- Tak, na środku wioski znajduje się warownia. W nocy widziałem, jak pali się tam światło. Ciekawe kto tam mieszka?
Jakiś duch na przykład? Jego głos zabrzmiał przy mówieniu tego dosyć upiornie, ale od razu po tym usiadł na wolnym miejscu. Tak, żeby znaleźć się typowo na wylocie, w centrum pomieszczenia.
- Mieszkamy z Bertim, wyjadamy mu zapasy słoików. Pewnie powinno być mi wstyd, ale on tak dobrze gotuje, może powinniśmy mu zasugerować zostanie kucharzem? - Uniósł spojrzenie w górę, coby się skrzyżowało z tym Ash.
- Cześć, Brenka - powiedział, patrząc na nią z dołu, zbyt zajęty pocieraniem po głowie tej zgrai sierściuchów, żeby się podnieść i ją przytulić. Zamiast tego obdarował ją więc szczerym uśmiechem. - Dzięki za zaproszenie. - Powinien dodać coś jeszcze? - Effie została w Londynie. - Ale to chyba było logiczne, że jej nie zabrał na skraj Kniei, w której omal nie zginął dwa razy w ciągu... uh, ostatniego miesiąca. To było coś wartego uwagi przy podejmowaniu decyzji o ulokowaniu bezbronnej kuzynki.
Dopiero po wygłaskaniu wszystkiego, co przybiegło tutaj merdając ogonem, Moody podniósł się i objął Brennę rękoma, zamykając ją w mocnym uścisku umięśnionych ramion.
- Masz mąkę na nosie - wskazał jej przy okazji, ale nie musiała robić z tym nic, bo sam potarł jej nos kciukiem prawej dłoni, skoro i tak znaleźli się obok siebie tak blisko. Bez dodatkowych komentarzy ruszył za nią korytarzami posiadłości Longbottomów, cudem powstrzymując głupkowaty chichot, kiedy gadała coś o Longbottomowych teoriach, jakby zupełnie nie zauważając, że dzielili z nią identyczne historie. Kiedy zadała mu ostatnie pytanie, dotarło do niego, że ona te wszystkie rzeczy musiała mówić, żeby wypełnić czas, może po prostu nie znosiła ciszy. Wątpił w to, żeby nie zauważyła przez te wszystkie lata, że w Dolinie mieszkał jeden z jego najlepszych przyjaciół, co samo w sobie wymuszało na nim bywanie tu o wiele częściej, niż by chciał. (Nie to, że miał coś do samej miejscowości, poza tym często wyjeżdżał do dziur zabitych dechami na ryby, ale ciężko było ukryć, że lepiej czuł się w mieście. Fakt faktem - to było silne braterstwo duszy, ale kochanie Botta nie oznaczało od razu, że musiał kochać wieś - życie z Ashling odpowiadało mu o wiele bardziej.)
- Tak, na środku wioski znajduje się warownia. W nocy widziałem, jak pali się tam światło. Ciekawe kto tam mieszka?
Jakiś duch na przykład? Jego głos zabrzmiał przy mówieniu tego dosyć upiornie, ale od razu po tym usiadł na wolnym miejscu. Tak, żeby znaleźć się typowo na wylocie, w centrum pomieszczenia.
- Mieszkamy z Bertim, wyjadamy mu zapasy słoików. Pewnie powinno być mi wstyd, ale on tak dobrze gotuje, może powinniśmy mu zasugerować zostanie kucharzem? - Uniósł spojrzenie w górę, coby się skrzyżowało z tym Ash.
fear is the mind-killer.