05.11.2023, 15:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.11.2023, 15:49 przez Alastor Moody.)
- To co miałaś na myśli?
Mógłby odpowiedzieć coś w stylu „coś ty...”, ale się przecież zorientował już chwilę wcześniej, że ona wciąż miała problemy z wyłapywaniem jego docinek i żartów, więc po prostu poruszył głową w twierdzącym geście. Szorstkość nie znaczyła przecież, że będzie robił jej na złość. Był do tego zdolny, ale nie chciał krzywdzić ludzi, na których mu najzwyczajniej w świecie zależało. Szkoda tylko, że kiedy emocje narastały w nim jak teraz, to się tak napinał i zmieniał ton.
- Ehh, czemuś ty, kurwa mać, trzymasz te wszystkie rzeczy w sobie? Nawet mój ojciec nie jest tak uparty. - A starszy Moody należał do grona najgorszych ojców po tej stronie barykady i niby naiwne było zrzucać całokształt podłości charakteru jego syna na doświadczenia z nim, ale ciężko było nie zauważyć tego powiązania, kiedy się już w świat Moodych wsiąknęło. Tylko czy naprawdę mógł ją za to wszystko oceniać? Ich relacja nie należała do najłatwiejszych, a ona się znowu zachowywała jakby ją miał stąd zaraz zmieść wiatr, pewnie znowu do niej wracało to, jak się wieczorami na siebie darli bez choćby iskry rozumu tańczącej pomiędzy dwójką oddalających się od siebie ludzi. Nie miał prawa tego od niej oczekiwać. Że będzie potrafiła mówić o wszystkim z taką lekkością jak on. On nie bał się niczego, a ona się bała...
Dotarło to do niego wreszcie - jego. Nie tylko tamtych złych czasów, tylko krótko i po ludzku jego.
Może wilczyce je tresują, przemknęło mu przez myśl. Nie chciał się szczególnie zagłębiać w tę metaforę, bo tym wilkiem to on nie był z własnej woli, więc jak by się go miały trzymać jakieś prawa natury.
- Nie jesteś pewna, czyli nawet w twojej głowie pojawiła się nadzieja, że ktoś może. Pewnie znowu zabrzmię jak gnojek, ale martwiłbym się bardziej, gdybyś przez to zimno próbowała zżerać ludzi.
Nie powinien tego mówić, ale wymsknęło mu się to o wiele szybciej, niż zdołał ugryźć się w język. Śledził jej wędrówkę zmęczonym spojrzeniem, a później złapał ją za tę rękę, co mu przyłożyła do twarzy i przyciągnął do siebie, pozycjonując ją pomiędzy swoimi nogami. Dziesięć rozbitych talerzy temu, może jeszcze z pięć filiżanek, to pewnie byłaby całkiem romantyczna scena, ale teraz malujący się tu obraz przedstawiał ludzi głęboko skrzywdzonych przez samych siebie, może nawet bardziej niż te szafki, których drzwiczkami zwykł trzaskać, dając ujście narastającej w nim irytacji. Nie był miły, nie potrafił tego w sobie zdusić, ale też nigdy by jej z frustracji nie uderzył, więc musiał wyładować się na czymkolwiek innym.
Faktycznie nie ociepliła się ani trochę. Jej dotyk był przez to obcy, ale i tak czuł, że za tym chłodem kryła się dziewczyna, z którą kilka lat temu planował całe życie.
- Postrzegasz nasz związek w kategoriach szansy? - Splótł palce ich dłoni, ale to, co mówił, wcale nie zachęcało do pozostania przy nim tak blisko. - Właśnie ci powiedziałem, że w dupie mam swoją dziewczynę kiedy tylko widzę na horyzoncie te twoje czarne pukle, chociaż przez ostatnie miesiące biegałem za nią jak skończony wariat. Zawsze ubierasz to w takie słowa, jakby to było cholernie skomplikowane, a ty musisz tego po prostu chcieć. - A ona go nie chciała! I był teraz tego pewien bardziej niż tego, że jutro wzejdzie słońce, bo astronomiczne sprawy Doliny zdawały się być mniej zbadane przez Moody'ego niż jej głowa. Nie chciała go, bo się go bała, bała się tego odrzucenia, ona nie lubiła niepewności wiszącej pomiędzy dwójką ludzi. - Tylko, że sama przed chwilą mówiłaś, że nie chcesz. A ja nie kłamałem, nie zmieniłem się ani trochę i nie zamierzam zmieniać się tylko dlatego, bo masz mnie za gnoja kiedy nie wracam do domu na jakieś głupie święta, strasznie mnie to... - wkurwia.
Nakręcił się szybko, aż za szybko nawet jak na niego, ale w tym stanie reagował jeszcze gorzej, niż by zareagował w normalnych okolicznościach. Bo to wszystko się w nim budziło na nowo i kłóciło ze wszystkim, co do tej pory przeżył. Bertie by się pewnie na niego teraz spojrzał krzywo, że po tych wszystkich wyzwiskach, jakie rzucił w jej kierunku po tym jak go zostawiła... teraz trzymał ją za rękę i zmuszał do wysłuchiwania powrotu do przeszłości. Krzywo nie z pogardy, a ze zmartwienia. Bo on by w tym dostrzegł prawdę - olbrzymi, duszący człowieka smutek.
- Przepraszam.
Puścił ją, żeby zniknąć za palcami własnych dłoni, złożonych na zaczerwienionej twarzy, która potarł nerwowo, po czym odchylił się do tyłu na huśtawce.
- Ale to w sumie prawda, mam to wszystko gdzieś. Sugeruję ci napisać jakiś list z zażaleniem do tej całej Pani Księżyca, bo chyba powinna cię bardziej lubić jeżeli się utożsamiasz z wilkiem.
Mógłby odpowiedzieć coś w stylu „coś ty...”, ale się przecież zorientował już chwilę wcześniej, że ona wciąż miała problemy z wyłapywaniem jego docinek i żartów, więc po prostu poruszył głową w twierdzącym geście. Szorstkość nie znaczyła przecież, że będzie robił jej na złość. Był do tego zdolny, ale nie chciał krzywdzić ludzi, na których mu najzwyczajniej w świecie zależało. Szkoda tylko, że kiedy emocje narastały w nim jak teraz, to się tak napinał i zmieniał ton.
- Ehh, czemuś ty, kurwa mać, trzymasz te wszystkie rzeczy w sobie? Nawet mój ojciec nie jest tak uparty. - A starszy Moody należał do grona najgorszych ojców po tej stronie barykady i niby naiwne było zrzucać całokształt podłości charakteru jego syna na doświadczenia z nim, ale ciężko było nie zauważyć tego powiązania, kiedy się już w świat Moodych wsiąknęło. Tylko czy naprawdę mógł ją za to wszystko oceniać? Ich relacja nie należała do najłatwiejszych, a ona się znowu zachowywała jakby ją miał stąd zaraz zmieść wiatr, pewnie znowu do niej wracało to, jak się wieczorami na siebie darli bez choćby iskry rozumu tańczącej pomiędzy dwójką oddalających się od siebie ludzi. Nie miał prawa tego od niej oczekiwać. Że będzie potrafiła mówić o wszystkim z taką lekkością jak on. On nie bał się niczego, a ona się bała...
Dotarło to do niego wreszcie - jego. Nie tylko tamtych złych czasów, tylko krótko i po ludzku jego.
Może wilczyce je tresują, przemknęło mu przez myśl. Nie chciał się szczególnie zagłębiać w tę metaforę, bo tym wilkiem to on nie był z własnej woli, więc jak by się go miały trzymać jakieś prawa natury.
- Nie jesteś pewna, czyli nawet w twojej głowie pojawiła się nadzieja, że ktoś może. Pewnie znowu zabrzmię jak gnojek, ale martwiłbym się bardziej, gdybyś przez to zimno próbowała zżerać ludzi.
Nie powinien tego mówić, ale wymsknęło mu się to o wiele szybciej, niż zdołał ugryźć się w język. Śledził jej wędrówkę zmęczonym spojrzeniem, a później złapał ją za tę rękę, co mu przyłożyła do twarzy i przyciągnął do siebie, pozycjonując ją pomiędzy swoimi nogami. Dziesięć rozbitych talerzy temu, może jeszcze z pięć filiżanek, to pewnie byłaby całkiem romantyczna scena, ale teraz malujący się tu obraz przedstawiał ludzi głęboko skrzywdzonych przez samych siebie, może nawet bardziej niż te szafki, których drzwiczkami zwykł trzaskać, dając ujście narastającej w nim irytacji. Nie był miły, nie potrafił tego w sobie zdusić, ale też nigdy by jej z frustracji nie uderzył, więc musiał wyładować się na czymkolwiek innym.
Faktycznie nie ociepliła się ani trochę. Jej dotyk był przez to obcy, ale i tak czuł, że za tym chłodem kryła się dziewczyna, z którą kilka lat temu planował całe życie.
- Postrzegasz nasz związek w kategoriach szansy? - Splótł palce ich dłoni, ale to, co mówił, wcale nie zachęcało do pozostania przy nim tak blisko. - Właśnie ci powiedziałem, że w dupie mam swoją dziewczynę kiedy tylko widzę na horyzoncie te twoje czarne pukle, chociaż przez ostatnie miesiące biegałem za nią jak skończony wariat. Zawsze ubierasz to w takie słowa, jakby to było cholernie skomplikowane, a ty musisz tego po prostu chcieć. - A ona go nie chciała! I był teraz tego pewien bardziej niż tego, że jutro wzejdzie słońce, bo astronomiczne sprawy Doliny zdawały się być mniej zbadane przez Moody'ego niż jej głowa. Nie chciała go, bo się go bała, bała się tego odrzucenia, ona nie lubiła niepewności wiszącej pomiędzy dwójką ludzi. - Tylko, że sama przed chwilą mówiłaś, że nie chcesz. A ja nie kłamałem, nie zmieniłem się ani trochę i nie zamierzam zmieniać się tylko dlatego, bo masz mnie za gnoja kiedy nie wracam do domu na jakieś głupie święta, strasznie mnie to... - wkurwia.
Nakręcił się szybko, aż za szybko nawet jak na niego, ale w tym stanie reagował jeszcze gorzej, niż by zareagował w normalnych okolicznościach. Bo to wszystko się w nim budziło na nowo i kłóciło ze wszystkim, co do tej pory przeżył. Bertie by się pewnie na niego teraz spojrzał krzywo, że po tych wszystkich wyzwiskach, jakie rzucił w jej kierunku po tym jak go zostawiła... teraz trzymał ją za rękę i zmuszał do wysłuchiwania powrotu do przeszłości. Krzywo nie z pogardy, a ze zmartwienia. Bo on by w tym dostrzegł prawdę - olbrzymi, duszący człowieka smutek.
- Przepraszam.
Puścił ją, żeby zniknąć za palcami własnych dłoni, złożonych na zaczerwienionej twarzy, która potarł nerwowo, po czym odchylił się do tyłu na huśtawce.
- Ale to w sumie prawda, mam to wszystko gdzieś. Sugeruję ci napisać jakiś list z zażaleniem do tej całej Pani Księżyca, bo chyba powinna cię bardziej lubić jeżeli się utożsamiasz z wilkiem.
fear is the mind-killer.