Leon, podobnie, jak jego rodzina starała nie omijać wszystkich sabatów. Jako mieszkańcy Doliny Godryka byli istotną częścią powstałej tam społeczności. Starał się w tych wszystkich świętach znaleźć coś dla siebie, czerpiąc samemu radość z przygotowań, z korzystania z większości dostępnych tam atrakcji w postaci powolnego chodzenia od straganu do straganu w towarzystwie przyjaciół albo rodziny, mających na niego oko na wypadek gdyby poczuł się gorzej.
— Nie śmiałbym tego ukrywać przed tobą. — Odparł z uśmiechem, postanawiając wypełnić wydane mu polecenie. Ostatecznie usiadł po turecku, rzucając swój płaszcz na trawę. Znał to czujne spojrzenie, przez tyle lat zdążył do niego przywyknąć. Nie odbierał tego jako nic złego. Nie wzbudzało to w nim irytacji albo nawet złości, jakie był w stanie odczuwać kiedy ktoś z zamiarem dopieczenia mu będzie nazywać go kaleką. To ostatnia rzecz, której zawsze potrzebował. Zdawanie sobie sprawy z własnej niepełnosprawności to jedno, bycie nazywanym przez rówieśników w ten sposób to drugie. Po prostu Brenna nie była taką osobą, co bardzo dobrze o niej świadczyło.
— Z tym akurat się zgadzam. Zainspirowałaś mnie do zrobienia kilku dekoracji do dormitorium swojego domu. Dotrzymam ci towarzystwa do ich przyjścia. — Podczas rozmawiania z nią wpadł na pomysł porozwieszania wyczarowanych pajęczych nici i umieszczenia zaczarowanych nietoperzy. Zakończył już swoje zajęcia na dzisiaj i pozostawało mu do napisania dwa wypracowania. Wykładane przez jego mamę wróżbiarstwo nie było przedmiotem obowiązkowym. Niektórzy nie uczęszczali na zajęcia z tego przedmiotu nie traktując go poważnie i woląc przeznaczyć ten czas na bardziej produktywne zajęcia. Jak chociażby wydrążanie dyń.
Będąc synem profesor wróżbiarstwa starał się nie poruszać tego tematu ze względów światopoglądowych - dywinacja stanowiła jego dziedzictwo. Sam wierzył, że ich przyszłość została już ukształtowana, że zajrzenie w głąb filiżanki po herbacie i poprawna interpretacja widocznego tam symbolu, rozłożenie przed kimś kart tarota pozwoli na poznanie przyszłości i uzyskanie odpowiedzi na istotne pytania odnośnie swojego życia. Nie brakowało osób myślących inaczej od niego. Nie chodziło o to, aby się z kimś poróżnić, ale o to aby akceptować tego typu różnice.
— Taka też powinna być. Za nic nie mógłbym przegapić świątecznej uczty. — Zdaniem Leona coroczne obchody Nocy Duchów w Hogwarcie nie miały sobie równych i każdy znajduje w niej coś dla siebie. W Samhain granica między światami stawała się cienka, o czym w końcu został uświadomiony. Sama w sobie Noc Duchów jako okazja do spędzania czasu z przyjaciółmi i wzięcia udziału w prawdziwej uczcie, zakończonej spektaklem organizowanym przez hogwardzkie duchy była niezwykła.
— Hm... powiedziałbym, że rozsądnie będzie raz na tydzień odnowić zaklęcie. W domu takie lampiony paliły się tygodniami, więc powinny. — Zasugerował swojej przyjaciółce kontrolowanie raz w tygodniu czy ogień nie przygasa albo czy całkiem nie wygasł. Jego rodzice byli dorosłymi czarodziejami, absolwentami Hogwartu i z tego względu potrafili rzucać znacznie potężniejsze czary od niego. Praktyczna nauka magii nie była jego mocną stroną i musiał wkładać znacznie więcej pracy od innych uczniów.
Nie spodziewał się tego, że Brenna bezceremonialnie wepchnie mu w dłonie tę dynię. Gdy minęło już pierwsze zaskoczenie, uśmiechnął się rozumiejąc czego Brenna od niego oczekuje. Z spełnieniem jej prośby nie będzie mieć problemu, w końcu to nie wymagało od niego nakładów pracy fizycznej.
— Tylko sięgnę po różdżkę. — Wypowiadając te słowa położył dynię przed sobą, odwracając ją upiorną twarzą bokiem tak aby była dobrze widoczna dla niego i Brenny. — Najpierw ruch. — Zaprezentował powoli swojej przyjaciółce cały ruch różdżką, a dopiero potem wypowiedział na głos całą inkantację. Dopiero po tym małym pokazie wykonał obie te czynności w tym samym czasie, wsuwając koniuszek różdżki przez imitującą oczodół dziurę. Wydrążone wnętrze dyni jasno zapłonęło jakby ktoś tam umieścił zapaloną świeczkę. Nie obawiając się poparzenia, odwrócił dynię w stronę Brenny.
— Co o tym myślisz? — Zapytał chcąc poznać jej opinię w sprawie zastosowania tego zaklęcia do rozświetlenia wnętrza dyni. Mogło to być tym, czego dokładnie potrzebowała albo finalny efekt nie spełni oczekiwań Gryfonki.
— Bardzo słuszna zasada. Od następnego roku może sam ją wprowadzę. Ja mam zamiar opychać się nimi i pozostałymi pysznościami dopóki nie opadnę z sił. — Zdecydowanie powinien rozważyć wprowadzenie podobnej zasady. Zażartował w ten sposób, wiedząc że zwykle dopisywał mu apetyt i nie był to żaden wysiłek fizyczny. Po tak obfitej uczcie będzie w stanie dotrzeć tylko do pokoju wspólnego i zająć jeden z foteli.