06.11.2023, 13:37 ✶
Uwielbiałem bary. Czułem się w nich jak ryba w wodzie, więc dziarskim krokiem zmierzałem ku nowemu przybytkowi na Nokturnie. Niezdrowo podniecony, tak bardzo niezdrowo podniecony albo zdrowo nawet, bo zamiast hektolitrów alkoholu, targałem ze sobą cztery ogromne butle mleka. Tyle mleka, że ja sam bym tego przez dzień nie wypił, ale drinki z mlekiem wejdą zdrowo. Wejdą zdrowo, bo mleko było zdrowe jak mało co, na co byłem flagowym przykładem. Zdrowe kości, zdrowy umysł, zdrowy uśmiech. Ach, i jeszcze to powietrze nokturnowe przesycone... zgnilizną? Rozkładem zdecydowanie, z lekką nutką błota i coś, co przypominało swąd starej baby. Naftalina? Typowe. Człowiek czuł się jak w domu, mimo że w domu to pachniało mi książkami i kurzem, i Dellianem, i szarlotką, bo wczoraj robiłem szarlotkę. Nie wyszła, ale pachniało.
Co ja tu... Ach tak! Szedłem, szukając tej nowej knajpeczki, Głębineczki, a jak stanąłem w drzwiach, to niestety jebnąłem w nie z buta z impetem, bo nie miałem rąk wolnych, więc szybko wparowałem do środka, bo zrobiłem to tak szybko i gwałtownie, że drzwi mi chciały oddać. Skurwysyny drewniane, pojebane takie. Zasyczałem na nie odruchowo, ale się opamiętałem, bo nie wypadało być takim agresywnym, co nie? Szczególnie że miałem poznawać nowych ludzi, a ja uwielbiałem poznawać nowych ludzi jak mało kto.
- DZIEŃ DOBRY! - krzyknąłem entuzjastycznie zza tych wielkich baniaczy. Mojej przystojnej twarzy nie było prawie widać, ale czym prędzej namierzyłem bar by pozbyć się balastu i odwrócić do szanownego zgromadzenia. Sami przystojniacy i same piękne panie, a gdzieś tam jeszcze Maeve była jako ta... Ona to była paniopanem. Nie byłem pewien, czy była facetem, czy kobietą, bo taka cichociemna. Mogła mówić jedno, a robić drugie, no nie?
- Miło mi poznać szanowne zgromadzenie, Leo Ten-Wasz-Niby-Medyk, do usług - przedstawiłem się, kłaniając się nisko. Przemknąłem jeszcze raz po zebranych, tak bardziej uważnie i miałem usiąść obok Meave, mojej drogiej koleżanki, przyjaciółki można by rzec, że prawie, ale mój wzrok padł na czarnowłosą piękność, elegancką Panią.... I już miałem tam drgnąć i bajerę ciąć, choć pewnie nie moja liga, póki oczy moje nie natrafiły na BOGINIĘ MLEKA SAMEGO LEJĄCEGO SIĘ KASKADĄ PIĘKNYCH WŁOSÓW, ZE SKÓRĄ MLCZNIEJSZĄ NIŻ KSIĘŻYC (za którym akurat nie przepadałem, ale nie pozwalał mi się przemieniać w sexy kota, kiedy świecił nocą w pełnej krasie) A ODZIANA TO TEŻ BYŁA NA BIAŁO, WIĘC UZNAŁEM, ŻE TO JEST TAK JAKBYM TRAFIŁ NA LOTERII W SAMO MLEKO.
Nogi powłóczyły mnie do jej niebiańsko-mlecznego majestatu i ukląkłem tuż obok jego miejsca, na podłodze, bo tak siadać obok to się nie przystało. Ja nigdy takiej pięknej kobiety nie widziałem. Nie mogła być stąd. Nie mogła być żywa. Może powinienem ją przebadać...? Ale to też nie wypadało, Leo. Opanuj się, człowieku. Kocie też się opanuj, na bogów łaskawych!
- Leo, do usług piękna pani bogini - odparłem nieco zachrypnięty, nieco oniemiały, nieco zawstydzony. Ucałowałem dłoń, o ile zezwoliła, pozwoliła, bo ja bym Pani Bogini to ja bym nie chciał podpaść. Och, chyba właśnie traciłem oddech na te uroki.
Co ja tu... Ach tak! Szedłem, szukając tej nowej knajpeczki, Głębineczki, a jak stanąłem w drzwiach, to niestety jebnąłem w nie z buta z impetem, bo nie miałem rąk wolnych, więc szybko wparowałem do środka, bo zrobiłem to tak szybko i gwałtownie, że drzwi mi chciały oddać. Skurwysyny drewniane, pojebane takie. Zasyczałem na nie odruchowo, ale się opamiętałem, bo nie wypadało być takim agresywnym, co nie? Szczególnie że miałem poznawać nowych ludzi, a ja uwielbiałem poznawać nowych ludzi jak mało kto.
- DZIEŃ DOBRY! - krzyknąłem entuzjastycznie zza tych wielkich baniaczy. Mojej przystojnej twarzy nie było prawie widać, ale czym prędzej namierzyłem bar by pozbyć się balastu i odwrócić do szanownego zgromadzenia. Sami przystojniacy i same piękne panie, a gdzieś tam jeszcze Maeve była jako ta... Ona to była paniopanem. Nie byłem pewien, czy była facetem, czy kobietą, bo taka cichociemna. Mogła mówić jedno, a robić drugie, no nie?
- Miło mi poznać szanowne zgromadzenie, Leo Ten-Wasz-Niby-Medyk, do usług - przedstawiłem się, kłaniając się nisko. Przemknąłem jeszcze raz po zebranych, tak bardziej uważnie i miałem usiąść obok Meave, mojej drogiej koleżanki, przyjaciółki można by rzec, że prawie, ale mój wzrok padł na czarnowłosą piękność, elegancką Panią.... I już miałem tam drgnąć i bajerę ciąć, choć pewnie nie moja liga, póki oczy moje nie natrafiły na BOGINIĘ MLEKA SAMEGO LEJĄCEGO SIĘ KASKADĄ PIĘKNYCH WŁOSÓW, ZE SKÓRĄ MLCZNIEJSZĄ NIŻ KSIĘŻYC (za którym akurat nie przepadałem, ale nie pozwalał mi się przemieniać w sexy kota, kiedy świecił nocą w pełnej krasie) A ODZIANA TO TEŻ BYŁA NA BIAŁO, WIĘC UZNAŁEM, ŻE TO JEST TAK JAKBYM TRAFIŁ NA LOTERII W SAMO MLEKO.
Nogi powłóczyły mnie do jej niebiańsko-mlecznego majestatu i ukląkłem tuż obok jego miejsca, na podłodze, bo tak siadać obok to się nie przystało. Ja nigdy takiej pięknej kobiety nie widziałem. Nie mogła być stąd. Nie mogła być żywa. Może powinienem ją przebadać...? Ale to też nie wypadało, Leo. Opanuj się, człowieku. Kocie też się opanuj, na bogów łaskawych!
- Leo, do usług piękna pani bogini - odparłem nieco zachrypnięty, nieco oniemiały, nieco zawstydzony. Ucałowałem dłoń, o ile zezwoliła, pozwoliła, bo ja bym Pani Bogini to ja bym nie chciał podpaść. Och, chyba właśnie traciłem oddech na te uroki.