07.11.2023, 21:27 ✶
Opuścił głowę i zaśmiał się cicho, lekko przy tym kręcąc głową.
- Naprawdę kazali robić ci takie rzeczy? - nie lubił tego. Może i był sadystą, który tylko czekał na okazję, by móc realnie znęcać się nad ludźmi, jednak nie tolerował pewnych zachowań. Jednym z nich było zmuszanie kobiet do udowadniania swojej wartości tylko dlatego, że były kobietami lub były po prostu młodsze stażem. I chociaż Brenna doskonale sobie pewnie poradziła zarówno z pączkami, jak i kawą, to Lestrange poczuł nutkę irytacji na to, co musiała przejść. Nie dlatego, że ją lubił, a dlatego, że kłóciło mu się to ze światopoglądem.
Rolph widział te same oczy u swojej matki. Orientował się w tej dziwnej sieci rodzin i splotów koneksji, a także wymieszanej krwi. Po części musieli być daleką rodziną. I doskonale wiedział, że dla takich oczu można było stracić głowę - w końcu jego ojciec stracił ją dla jego matki. Znał to uczucie, sam bowiem skoczyłby za pewną osobą w ogień - w jej oczach także szło się zatracić. Oczy były zwierciadłem duszy, zdradzały zbyt wiele. Mimowolnie skrócił dystans i nachylił się odrobinę do Brenny, opierając dłoń o ścianę nad jej głową. Uśmiechnął się uprzejmie, nie spuszczając z tych sarnich oczu wzroku.
- Jak chcesz - rzucił, odrywając dłoń od ściany. Mrugnął do niej, drugą ręką wykonując gest różdżką. - Zaopiekuję się nim. I dopilnuję, żeby twój przełożony złożył na twoje ręce odpowiednie podziękowania. Niech wie, że ma w departamencie jedną z lepszych.
Czy sączył jad w jej uszy, czy może to wcale nie był fałsz? Cholera wie, Lestrange był dziwny i to było chyba rodzinne. Brenna mogła jednak poczuć, że wdepnęła w niezłe bagno, które nazywało się Rodolphus. Mężczyzna obrócił się, posyłając obezwładnionego Niewymownego przodem, z powrotem do swojego gabinetu. Gdy Brenna nie widziała jego twarzy, w końcu mogła opaść maska. Na jego ustach błąkał się złośliwy uśmiech.
- Naprawdę kazali robić ci takie rzeczy? - nie lubił tego. Może i był sadystą, który tylko czekał na okazję, by móc realnie znęcać się nad ludźmi, jednak nie tolerował pewnych zachowań. Jednym z nich było zmuszanie kobiet do udowadniania swojej wartości tylko dlatego, że były kobietami lub były po prostu młodsze stażem. I chociaż Brenna doskonale sobie pewnie poradziła zarówno z pączkami, jak i kawą, to Lestrange poczuł nutkę irytacji na to, co musiała przejść. Nie dlatego, że ją lubił, a dlatego, że kłóciło mu się to ze światopoglądem.
Rolph widział te same oczy u swojej matki. Orientował się w tej dziwnej sieci rodzin i splotów koneksji, a także wymieszanej krwi. Po części musieli być daleką rodziną. I doskonale wiedział, że dla takich oczu można było stracić głowę - w końcu jego ojciec stracił ją dla jego matki. Znał to uczucie, sam bowiem skoczyłby za pewną osobą w ogień - w jej oczach także szło się zatracić. Oczy były zwierciadłem duszy, zdradzały zbyt wiele. Mimowolnie skrócił dystans i nachylił się odrobinę do Brenny, opierając dłoń o ścianę nad jej głową. Uśmiechnął się uprzejmie, nie spuszczając z tych sarnich oczu wzroku.
- Jak chcesz - rzucił, odrywając dłoń od ściany. Mrugnął do niej, drugą ręką wykonując gest różdżką. - Zaopiekuję się nim. I dopilnuję, żeby twój przełożony złożył na twoje ręce odpowiednie podziękowania. Niech wie, że ma w departamencie jedną z lepszych.
Czy sączył jad w jej uszy, czy może to wcale nie był fałsz? Cholera wie, Lestrange był dziwny i to było chyba rodzinne. Brenna mogła jednak poczuć, że wdepnęła w niezłe bagno, które nazywało się Rodolphus. Mężczyzna obrócił się, posyłając obezwładnionego Niewymownego przodem, z powrotem do swojego gabinetu. Gdy Brenna nie widziała jego twarzy, w końcu mogła opaść maska. Na jego ustach błąkał się złośliwy uśmiech.
Koniec sesji