07.11.2023, 23:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.11.2023, 23:55 przez Maeve Chang.)
Kiedy usłyszała polecenie "przydaj się na coś i idź po siostrzenicę", stęknęła w bólu, bo jej się nie chciało. Już miała zapytać, czy młoda nie ma nóg, ale potem napotkała spojrzenie matki i jakoś tak się jej odechciało.
Wcisnęła ręce w głębokie kieszenie bojówek, żałując po kilkudziesięciu metrach, że nie zarzuciła sobie czegoś na ramiona, bo wieczór był chłodny, a ona cały dzień paradowała w koszulce bez rękawów. Nie miała ochoty zawracać, więc musiała to dzielnie znieść; nawet zaczęła iść szybciej, żeby nie zmarznąć.
Przemierzając ulice Nokturnu, utwierdzała się tylko w przekonaniu, że po Mayę ktoś pójść musiał. No trudno, że akurat ona musiała zaiwaniać, jakby matki nie miała, ale któraś musiała, bo młoda sama o tej porze ulicami chodzić nie powinna. Nawet Mewa, znacznie większa i zaprawiona w boju, musiała się wielokrotnie oglądać przez własne ramie, by sprawdzać, czy ktoś za nią nie idzie.
Zatrzymała się na granicy Nokturnu i wróciła do bycia sobą, bo wiedziała, że jak Maya się w końcu zjawi, to do takiego zwyrola nie podejdzie. Była młodziutka, ale nie była głupia. Mewa kręciła się tam i z powrotem wokół umówionego miejsca, czekając cierpliwie, ale młoda nie przychodziła. Cholera, zgubiła się?
Maeve nie miała zamiaru stać tu wiecznie i czekać, aż zapuści korzenie. Możliwości było wiele, niekoniecznie musiało się stać coś złego, mogła po prostu zasiedzieć się z koleżanką, ale jeśli wróciłaby do domu bez Mayi, matka urwałaby jej łeb. W ostatecznym rozrachunku lepiej więc było małą znaleźć, jeśli jest w potrzasku, to jej pomóc, a jak się szlaja, to okrzyczeć, a potem zawlec do domu. Mewa miała plan i ten plan miał sens.
Zaczęła iść w kierunku, z którego Maya miała przyjść. Co jakiś czas wołała jej imię, ale ludzie się gapili, więc nie robiła tego za często. Z dziesięć minut kręciła się po okolicy, aż w końcu jej uwagę zwrócił czyjś krzyk. Bardzo znajomy krzyk.
Nie brzmiał jak wołanie o pomoc; raczej jak groźby karalne.
Maeve zaczęła iść w kierunku ambarasu, w końcu dostrzegając swoją siostrzenicę leżącą na jakimś gościu, który ewidentnie zaraz miał pożałować, że się urodził. Zdążyła usłyszeć tylko żądanie, że gość ma się odczepić, co od razu zapaliło czerwoną lampkę w głowie Mewy - puściła się biegiem w ich kierunku, patrząc na całą scenę z kurwikami w oczach.
Nawet nie pytała, czy może i czy wszystko w porządku; tuż po tym, gdy Maya przysadziła absztyfikantowi z dyńki, Mewa zawtórowała zamaszystym kopniakiem w nery. Ciężki, oficerski but zatopił się w boku mężczyzny, a tuż po tym Maeve zdecydowała się wykorzystać odwróconą uwagę, żeby złapać Mayę pod pachami, podnieść do pionu i odciągnąć na bezpieczną odległość.
- Mało masz kurew w Kościanym, że się do dzieci dobierasz, zwyrolu? - Wydarła się, odstawiając siostrzenicę na ziemię. Nie przyjrzała się jeszcze dobrze napastnikowi, bo szybko spojrzała jeszcze na młodą, obejrzała ją naprędce, złapała policzki w dłonie - żeby się upewnić, że jest cała i zdrowa. Pobieżne oględziny nie wskazały uszczerbku na zdrowiu, więc Mewa wsunęła dziewczynę za swoje plecy, po czym dobyła różdżki i wycelowała ją w typa, gotowa do wydłubania mu nią oczu.
I wtedy zauważyła, że to ten postrzelony O'Dwyer.
- To znowu ty - zabrzmiała, jakby miała zaraz ducha wyzionąć z frustracji. - Co ty, kurwa, robiłeś mojej siostrzenicy? Chcesz skończyć w kanałach jak twój poprzedni pracodawca, czy po prostu nie szczałeś jeszcze dzisiaj i ci się na mózg rzuciło? - Zapytała raczej retorycznie, gotowa skoczyć mu do gardła, ale nadal dzielnie stojąc przy Mayi, jednym ramieniem wciąż osłaniając ją przed Leo. Ciekawe czy Sauriel wiedział rekrutując go, że typ gustuje w małolatach. Jak nie, to się na pewno niebawem dowie.
Rzut na to, jak zaboli kopniak
Wcisnęła ręce w głębokie kieszenie bojówek, żałując po kilkudziesięciu metrach, że nie zarzuciła sobie czegoś na ramiona, bo wieczór był chłodny, a ona cały dzień paradowała w koszulce bez rękawów. Nie miała ochoty zawracać, więc musiała to dzielnie znieść; nawet zaczęła iść szybciej, żeby nie zmarznąć.
Przemierzając ulice Nokturnu, utwierdzała się tylko w przekonaniu, że po Mayę ktoś pójść musiał. No trudno, że akurat ona musiała zaiwaniać, jakby matki nie miała, ale któraś musiała, bo młoda sama o tej porze ulicami chodzić nie powinna. Nawet Mewa, znacznie większa i zaprawiona w boju, musiała się wielokrotnie oglądać przez własne ramie, by sprawdzać, czy ktoś za nią nie idzie.
Zatrzymała się na granicy Nokturnu i wróciła do bycia sobą, bo wiedziała, że jak Maya się w końcu zjawi, to do takiego zwyrola nie podejdzie. Była młodziutka, ale nie była głupia. Mewa kręciła się tam i z powrotem wokół umówionego miejsca, czekając cierpliwie, ale młoda nie przychodziła. Cholera, zgubiła się?
Maeve nie miała zamiaru stać tu wiecznie i czekać, aż zapuści korzenie. Możliwości było wiele, niekoniecznie musiało się stać coś złego, mogła po prostu zasiedzieć się z koleżanką, ale jeśli wróciłaby do domu bez Mayi, matka urwałaby jej łeb. W ostatecznym rozrachunku lepiej więc było małą znaleźć, jeśli jest w potrzasku, to jej pomóc, a jak się szlaja, to okrzyczeć, a potem zawlec do domu. Mewa miała plan i ten plan miał sens.
Zaczęła iść w kierunku, z którego Maya miała przyjść. Co jakiś czas wołała jej imię, ale ludzie się gapili, więc nie robiła tego za często. Z dziesięć minut kręciła się po okolicy, aż w końcu jej uwagę zwrócił czyjś krzyk. Bardzo znajomy krzyk.
Nie brzmiał jak wołanie o pomoc; raczej jak groźby karalne.
Maeve zaczęła iść w kierunku ambarasu, w końcu dostrzegając swoją siostrzenicę leżącą na jakimś gościu, który ewidentnie zaraz miał pożałować, że się urodził. Zdążyła usłyszeć tylko żądanie, że gość ma się odczepić, co od razu zapaliło czerwoną lampkę w głowie Mewy - puściła się biegiem w ich kierunku, patrząc na całą scenę z kurwikami w oczach.
Nawet nie pytała, czy może i czy wszystko w porządku; tuż po tym, gdy Maya przysadziła absztyfikantowi z dyńki, Mewa zawtórowała zamaszystym kopniakiem w nery. Ciężki, oficerski but zatopił się w boku mężczyzny, a tuż po tym Maeve zdecydowała się wykorzystać odwróconą uwagę, żeby złapać Mayę pod pachami, podnieść do pionu i odciągnąć na bezpieczną odległość.
- Mało masz kurew w Kościanym, że się do dzieci dobierasz, zwyrolu? - Wydarła się, odstawiając siostrzenicę na ziemię. Nie przyjrzała się jeszcze dobrze napastnikowi, bo szybko spojrzała jeszcze na młodą, obejrzała ją naprędce, złapała policzki w dłonie - żeby się upewnić, że jest cała i zdrowa. Pobieżne oględziny nie wskazały uszczerbku na zdrowiu, więc Mewa wsunęła dziewczynę za swoje plecy, po czym dobyła różdżki i wycelowała ją w typa, gotowa do wydłubania mu nią oczu.
I wtedy zauważyła, że to ten postrzelony O'Dwyer.
- To znowu ty - zabrzmiała, jakby miała zaraz ducha wyzionąć z frustracji. - Co ty, kurwa, robiłeś mojej siostrzenicy? Chcesz skończyć w kanałach jak twój poprzedni pracodawca, czy po prostu nie szczałeś jeszcze dzisiaj i ci się na mózg rzuciło? - Zapytała raczej retorycznie, gotowa skoczyć mu do gardła, ale nadal dzielnie stojąc przy Mayi, jednym ramieniem wciąż osłaniając ją przed Leo. Ciekawe czy Sauriel wiedział rekrutując go, że typ gustuje w małolatach. Jak nie, to się na pewno niebawem dowie.
Rzut na to, jak zaboli kopniak
Rzut N 1d100 - 70
Sukces!
Sukces!
I wanna skin you alive
I wanna wear your flesh
— like a costume —
I wanna wear your flesh
— like a costume —