08.11.2023, 20:36 ✶
Nie wierzę ci.
Coś paskudnego w niej pęczniało, drożdżując i rosnąc do uwierających rozmiarów.
Śnieg zaczął sypać jej na ramiona, przesiąkał przez cienki materiał płaszcza, moczył włosy, które w lekkich, jasnych strąkach opadały na czoło. Gwałtowna fala wściekłości zburzyła w umyśle Diany wszelkie zastawki, a zwłaszcza tą, którą wykuła miłość do Murtagha.
Błękit tęczówek błysnął zaciekłym blaskiem, usta wykrzywiły się w nieprzyjemny grymas, a do oczu napłynęły łzy, chociaż żadna nie odważyła się zsunąć w dół policzka, wszystkie trwały zamknięte w wodnistej tarczy spojrzenia.
– Jak śmiesz? – Słowa wydarły się spomiędzy roztrzęsionych strun instrumentu krtani, chociaż sama nie usłyszała, jak zalegały w powietrzu. Ton jej głosu był całkowicie wyrugowany ze skruchy, lecz pozbawiony również złowrogiej zawiści, jak gdyby, pomimo kłębiących się w przełyku emocji, żadna nie przywarła do wypowiedzianego zdania, pozostawiając je pustym, jałowym, na swój sposób niepokojącym. Krew wezbrała gniewnie w żyłach, serce kołatało jak zepsuty zegar.
– Jak śmiesz mówić mi coś takiego? Oczywiście, że cię kocham!
Dlaczego ją kwestionował? Dlaczego nie wierzył jej słowom? Czy aż tak niskie mniemanie o niej miał? Czy wszystkie te lata młodzieńczych (dla Diany absolutnie poważnych i to takich aż po grób) podkochiwań nic dla niego nie znaczyły?
Świat, który ją otaczał, płonął. Wrzał jak zagotowany eliksirem kocioł, pienił się i bulgotał, wydzierając ku niej łakome jęzory gorąca, plując rozżarzonym olejem śliny niczym obłąkana bestia wściekłości. Te splunięcia były sprawką każdego - ojca, matki i nawet samego, biednego i nieszczęsnego Mortka.
Udowodnię ci, że jesteś dla mnie słońcem i gwiazdami tego świata.
Zezowała ku jego rozmazującym się obliczu; cisnące się do oczu, kujące i napastliwe łzy nareszcie potoczyły się po jej gładkich policzkach. Czuła jak jeszcze bardziej opuszczały ją życiowe siły, a nie wiedziała, że możliwym było jeszcze więcej z niej wyssać. Diana od oręża jak najmocniej pragnęła uciec. Sama, tudzież z Macmillanem, choć wiedziała w głębi serca z czym ich wspólna ucieczka musiała się wiązać. A raczej, na czym mogłaby się skończyć.
Ale chłopak jeszcze nie wiedział z kim i z czym miał tak naprawdę tę walkę stoczyć. Pociągnęła głośno nosem, odwracając się od niego całkowicie.
– Murtagh, posłuchaj mnie. Oni chcą mnie z kimś zaręczyć. To jakiś stary, obleśny dziad, kolega ojca. Mają układ... już od dawna. Wiem, że pracuje w ministerstwie, ale to zbir... ojciec nie zadaje się z porządnymi ludźmi – wyszeptała ostatnie zdanie, twarz wycierając o rękaw – nie mam pojęcia co robić.
Chwasty trzeba wyrywać.