Praca jako brygadzistka pokazała Heather, jak brutalny jest świat. Ona sama wychowywała się w bardzo majętnej rodzinie, zdawała sobie sprawę, że nie wszyscy mieli tyle szczęścia, aczkolwiek nie potrafiła zrozumieć, jak to w ogóle możliwe, że ktoś podnosi rękę na swoje dziecko. Dało jej to do myślenia. Na pewno nie zamierzała zostawić chłopca samego z tym wszystkim. Może nie mogła zabrać go z tamtego miejsca (przynajmniej nie od razu), ale mogła zaangażować się w jego życie. Kiedy tylko znajdowała wolną chwilę zjawiała się w niemagicznym Londynie, żeby rzucić okiem na to, czy wszystko u niego w porządku, czy nie ma nowych siniaków, albo ran. Gdyby tylko coś zobaczyła nie zostawiła by tego bez konsekwencji. Obiecała mu, że to się więcej nie powtórzy, a Wood dotrzymywała słowa.
Mark miał szczęście. Skończył jedenaście lat, będzie mógł uciec od tych okropnych rodziców i spędzić resztę dzieciństwa w Hogwarcie. Tam na pewno będą o niego dbać, w wakacje zamierzała go odwiedzać, żeby mieć pewność iż nadal wszystko jest w porządku. Na pewno o nim nie zapomni. Mała zamiar utrzymywać z nim kontakt listowny, aby czuł jej wsparcie. Oczywiście też wychodziła z założenia, że zasponsoruje mu całą szkolną wyprawkę, a nawet wszystko ponad to, będzie dbała o to, aby zawsze miał pełną sakiewkę.
Jakoś tak się złożyło, że praca z Brenną była zdecydowanie na wyższym poziomie niż z kimkolwiek innym. Spędzały razem dużo czasu również po niej, w końcu razem należały też do organizacji, ale nie tylko. Heather chętnie towarzyszyła Brenn w różnych sytuacjach.
Udało im się zabrać dzisiaj Marka na małą wyprawę. Ruda trzymała go za rękę, bała się bowiem, że gdy ją puści chłopiec się zgubi. Pojawiły się w Dziurawym Kotle, aby przejść na ulicę Pokątną. Humor jej dopisywał, była zajęta robieniem z siebie klauna, aby poprawić humor chłopcu.
- Różdżka to ważna sprawa. Najlepszą dostaniesz u Ollivandera, ich rodzina od lat zajmuje się tym od lat. - Miała nadzieję, że chłopiec nie przestraszy się od tego natłoku informacji. Wiedziała, że musi mu być trudno odnaleźć się w tym świecie, szczególnie, że nie był niczego świadom jeszcze niedawno. Miał szczęście, że one dwie stanęły mu na drodze, mógł je zapytać o każdą głupotę.
- Nie zamierzałam kupować, tata by zrobił miotłę specjalnie dla Marka, taką jakiej nie ma nikt inny. - Oczywiście, że już o tym pomyślała, ba nawet przedyskutowała ten temat z ojcem, musiała tylko się przyjrzeć chłopaczkowi, żeby była odpowiedniej długości. - Esy i floresy to w sumie dobry pomysł, ale później pójdziemy do tego nowego sklepiku z magicznymi słodyczami. Niech Mark ma coś z życia, no i Tobie też kupię czekoladową żabę. - Wiedziała, że Brenna jest ich fanką. - Czekoladowe żaby, to takie zaczarowane czekoladki, będziesz musiał ich spróbować. - Nachyliła się w stronę chłopca, aby mu wytłumaczyć o co właściwie jej chodziło.
Wood skierowała się do sklepu z różdżkami, nie szła szybko, aby chłopiec mógł dotrzymać jej tempa. - Dzień dobry! - Rzuciła głośno i zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Zawsze ją to fascynowało, że też Ollivanderzy potrafili dobrać kawałek drewienka, który pasował dla danej osóby.