14.11.2022, 23:46 ✶
Życiem należy się cieszyć, bo jest przerażająco krótkie. Żadna to mądrość, prawda? To powinien wiedzieć każdy. Życie trzeba cenić, póki się je ma w garści. Trzeba z niego korzystać, nie można niczego żałować, aby w chwili zetknięcia się ze śmiercią powiedzieć sobie: „a więc to koniec” w sposób wyzbyty tego zmieszania, tego dziwnego uczucia w klatce piersiowej i... Naprawdę próbowała tak żyć. Próbowała egzystować tak, jakby każdy dzień mógł być ostatnim. I mówiła o tym żywo i pewnie. „Nie boję się śmierci”.
Teraz, leżąc przygnieciona wielkim regałem, powtórzyła to sobie w myślach jakiś milion razy i wcale nie brzmiało to tak pewnie. Nie boję się - powtarzała sobie, ale ten głos z tylu głowy wciąż szeptał: to nieprawda, nieprawda, nieprawda, nie jestem gotowa, nie dzisiaj, to nieprawda, nie mogę tu umrzeć, to nie jest mój czas, ale może, jakimś cudem, jeżeli sobie teraz powiem, że w to wierzę, to Matka wybaczy mi zwątpienie w nią w ostatnim momencie.
Dookoła musiało być bardzo głośno, ale Sarah Macmillan słyszała niewiele poza biciem swojego serca. Ktoś krzyczał. Chciała powiedzieć, że tu jest, że potrzebuje pomocy, ale nie mogła - z jej ust nie wydobyło się nawet stęknięcie. Dusiła się. Tak jak wtedy, kiedy pływała z bratem w jeziorze i zaczęła się topić. Tak samo płakała, tak samo dławiła się powietrzem, tak samo wierzgała nogami, tak samo chciała chwycić cokolwiek ręką i wydostać się na powierzchnię. Bezskutecznie.
Chwyć za różdżkę, Sarah.
Nie lubiła słyszeć rad swojego przodka, ale teraz, kiedy walczyła o życie, trzeźwe spojrzenie na sytuację i świadomość, że towarzyszył jej ktokolwiek, nawet jeżeli był jedynie cieniem dawnego siebie, ledwie wspomnieniem zaszytym gdzieś w Gauntowej linii krwi, Sarah odnalazła w tym siłę. Jej dłoń próbowała chwycić za wypuszczony z palców patyk. Raz. Drugi. Za trzecim razem musnęła go opuszkiem. Za czwartym, kiedy traciła już jakiekolwiek siły, przypadkiem odepchnęła go od siebie. Potoczył się po osmolonej posadzce prosto pod czyjeś nogi.
Teraz, leżąc przygnieciona wielkim regałem, powtórzyła to sobie w myślach jakiś milion razy i wcale nie brzmiało to tak pewnie. Nie boję się - powtarzała sobie, ale ten głos z tylu głowy wciąż szeptał: to nieprawda, nieprawda, nieprawda, nie jestem gotowa, nie dzisiaj, to nieprawda, nie mogę tu umrzeć, to nie jest mój czas, ale może, jakimś cudem, jeżeli sobie teraz powiem, że w to wierzę, to Matka wybaczy mi zwątpienie w nią w ostatnim momencie.
Dookoła musiało być bardzo głośno, ale Sarah Macmillan słyszała niewiele poza biciem swojego serca. Ktoś krzyczał. Chciała powiedzieć, że tu jest, że potrzebuje pomocy, ale nie mogła - z jej ust nie wydobyło się nawet stęknięcie. Dusiła się. Tak jak wtedy, kiedy pływała z bratem w jeziorze i zaczęła się topić. Tak samo płakała, tak samo dławiła się powietrzem, tak samo wierzgała nogami, tak samo chciała chwycić cokolwiek ręką i wydostać się na powierzchnię. Bezskutecznie.
Chwyć za różdżkę, Sarah.
Nie lubiła słyszeć rad swojego przodka, ale teraz, kiedy walczyła o życie, trzeźwe spojrzenie na sytuację i świadomość, że towarzyszył jej ktokolwiek, nawet jeżeli był jedynie cieniem dawnego siebie, ledwie wspomnieniem zaszytym gdzieś w Gauntowej linii krwi, Sarah odnalazła w tym siłę. Jej dłoń próbowała chwycić za wypuszczony z palców patyk. Raz. Drugi. Za trzecim razem musnęła go opuszkiem. Za czwartym, kiedy traciła już jakiekolwiek siły, przypadkiem odepchnęła go od siebie. Potoczył się po osmolonej posadzce prosto pod czyjeś nogi.
she is passion embodied,
a flower of melodrama
in eternal bloom.
a flower of melodrama
in eternal bloom.