Avelina miała burzę w głowie po wczorajszej kolacji z Augustusem. Czuła się dziwnie zmęczona, więc wyszła z pracy szybciej, a dokładnie to po czternastej. Nie mogła tam wytrzymać, gdy w jej głowie tańczyły wspomnienia z pocałunku z nim. Nie potrafiła opanować głowy, aby przestała o nim myśleć. Jak on w ogóle śmiał proponować jej bycie kochanką. Musiała skupić się na czymś innym, a dokładnie na znalezieniu lokalu pod nową aptekę, którą miała prowadzić z Olivią. Krążyła więc po Ulicy pokątnej przedzierając się przez tłumy i zatrzymując się co jakiś czas przy lokalach i czytając różne ogłoszenia dotyczące mieszkań oraz lokali pod biznesy. W końcu poczuła, że robi się głodna, więc zamierzała zajrzeć do piekarni po drożdżówkę, albo przejść się do Nory, aby tam zamówić sobie kawę i zjeść jakieś wypieki. Nie było jednak jej dane odpocząć, bo usłyszała głos jakiegoś mężczyzny tuż nad sobą, więc spojrzała na niego niepewnie. Wyglądał przyjemnie, więc nie wystraszyła się go. Spojrzała na jego los i uśmiechnęła się lekko. Na jej twarzy malowało się zmęczenie.
– Tak, mogę pana zaprowadzić, bo jest to w jednej z uliczek, ale jeśli nie jest pan stąd to będzie ciężko trafić – odpowiedziała, a gdy wyraził zgodę ruszyła z nim w przeciwnym kierunku niż wcześniej zmierzała. Zagryzła war, które jak zawsze były muśnięte czerwoną szminkę. Ubrana była dzisiaj w szersze, ciemne spodnie, jasny, kolorowy podkoszulek, a na to narzuciła ciemnozieloną marynarkę. Włosy, gęste i kręcone wpływały jej po plecach sięgając niżej łopatek i opadając po obu stronach okrągłej, ładnej buzi. – Wygrany los? – zapytała z ciekawości, aby nie pojawiło się niezręczne milczenie. Po chwili dotarli do niewielkiego sklepiku z loteriami różnego rodzaju, szyld był nieco schowany w rogu budynku, więc nic dziwnego, że Alex nie mógł go znaleźć.