Miejsce, w którym znalazł się po skorzystaniu z monety, na pierwszy rzut oka nie dostarczało wielu informacji. Aby wyciągnąć pewne wnioski, trzeba było zatrzymać się. Przeanalizować nieco dokładniej to, co znajdywało się przed oczyma. Chata nie była opuszczona, zaś jej wnętrze - wbrew pozorom - znacznie bardziej zadbane, niż można było w pierwszej chwili założyć. Mulciber nauczony był tego, aby zbyt szybko nie wyciągać wniosków; nie wydawać opinii. Był człowiekiem raczej cierpliwym, choć rzecz jasna posiadającym pewne granice tolerancji - swoją drogą całkiem wyraźnie zarysowane. Dlatego też spokojnie obserwował. Analizował. Przetwarzał.
Odgłos kroków informował, że nie był tutaj sam. Panujący dokoła porządek sugerował, że lokalizacja wykorzystywana była aż nadto regularnie. Ktoś o to miejsce dbał. Tym ktosiem zaś najpewniej był sam Rodolphus.
Nieśpiesznie odwrócił się w kierunku młodego Lestrange, kiedy ten zdecydował się do niego dołączyć. Oceniające spojrzenie powoli przestudiowało jego osobę. Robert widział go wcześniej. Kilkukrotnie. Podczas mniej i bardziej oficjalnych spotkań w mniejszym bądź większym gronie. Dotąd jednak unikał wchodzenia w jakiekolwiek interakcje. Zachowywał względem chłopaka (mężczyzny?) dystans.
- Na początku, wypadałoby się przywitać, Rodolphusie. - zareagował na jego pytanie. Przez jego twarz przewinęło się coś na kształt uśmiechu, kiedy ten opuścił wyciągniętą różdżkę. Czy aby na pewno ten grymas zawitał na Mulciberowym obliczu? Tak nie pasujący do tego, w jaki sposób mężczyzna się prezentował. Nie biło od niego żadne ciepło. Postawa ciała zaś, podobnie jak ton głosu, wskazywać mogła na stałe trzymanie się w ryzach. Kontrolowanie zachowań. Emocji. Niewątpliwie opanowane przez lata niemalże do perfekcji.
Nie czyniło to zeń najlepszego kompana. Nie sprawiało, że Robert stawał się człowiekiem, z którym chciałoby się pozostawać w bliższych relacjach. Choć kto wie - może istnieli ludzie, którym udało się przedostać przez pancerz jaki Mulcibera otaczał?
- Dlaczego tak długo? Masz w sobie wiele uporu, ale i konsekwencji.- następnie zdawał się odparować jego pytanie. Przerzucić swoim. Zarazem jednak padło z jego strony coś na kształt komplementu. Nie odpowiedział na żaden list. Ani razu nie zareagował na kolejne próby nawiązania kontaktu, które miały miejsce przez długie miesiące. Z każdą wiadomością zapoznawał się jednak uważnie. Śledził postępy badań, które interesowały go bardziej, niż chciał przyznać przed samym sobą.
Stopniowo sprawiały, że coraz szerzej otwierały się w przypadku Roberta drzwi, które lata temu zdawał się za sobą zamknąć.