— Oni też kiedyś byli uczniami, którzy musieli odrabiać tonę prac domowych. Chciałbym okazać się tak wprawnym czarodziejem jak oni.— Leon doskonale wiedział, że nikt nie rodził się w pełni wykwalifikowanym czarodziejem, tylko się nim staje w trakcie kształcenia się w szkole magii i czarodziejstwa. Już teraz zdawał sobie sprawę ze wszystkich swoich braków, wkładając ogrom pracy w ich wyrównanie i nie pozostawiało złudzeń, że będzie przeciętnym czarodziejem. Również niedane będzie mu osiągnąć sukcesu w sporcie ani nie zostanie szkolnym prefektem naczelnym, co ma związek z jego chorobą. Pod tym względem byłby najmniej skutecznym prefektem. Nie znaczy, że nie byłoby wspaniale pełnić tak odpowiedzialną funkcję podczas nauki w Hogwarcie.
— Te latarnie będą wspaniale wyglądać w naszym pokoju wspólnym. Wiesz, w nocy jedynymi źródłami światła jest kominek i upstrzony gwiazdami sufit. Na razie nie. Jeszcze jest trochę czasu na właściwe udekorowanie go. Skrzaty chciały dobrze, problem w tym że twoi koledzy wpadli na głupi pomysł. Na szczęście zapobiegłaś tragedii. Jest w swoim żywiole. Ostatnio nawet Szara Dama pomagała znaleźć naszemu opiekunowi domu część zaginionych dekoracji. Podobno ma być coś nowego, więc i koncert jest wielce prawdopodobny. Nie wiem nic o istnieniu duchowych instrumentów, ale... słyszałem od Toby'ego Burrowa, że z jednej komnat w lochach dobiega potworny jazgot jakby ktoś przeciągał smyczkiem po ostrzu piły. — Towarzystwo Brenny sprawiło, że sam rozgadał się podczas operowania różdżką, którą wycinał kształty w dyni. Poproszenie skrzatów o pomoc w udekorowanie pokoju wspólnego Krukonów stanowiło doskonały pomysł. Pokręcił z wyraźną dezaprobatą na pomysł lewitowania świec po całym pokoju wspólnym. Opiekun Ravenclawu zawsze z taką werwą angażował się do dekorowania wielkiej sali. Tego był stuprocentowo pewien, że nie istniały żadne duchowe instrumenty muzyczne, jednak nie mógł zignorować tego, co usłyszał od swojego kolegi. Wypadałoby się temu przyjrzeć i upewnić się, że ten jazgot to nie orkiestra złożona z duchów podczas próby.
— Gryfonów nie musiałabyś długo namawiać. — Rozbawiony Leon przyznał rację swojej przyjaciółce. Wychodził jednak z założenia, że mogłaby tylko zyskać gdyby zapytałaby swoich przyjaciół z innych domów. — Chciałbym zobaczyć twoje zwycięstwo w takim konkursie. — Wcale a wcale nie namawiał Gryfonki do zorganizowania tego konkursu i udowodnienia mu tego. Dopingowałby ją albo liczył pochłaniane przez nią pączki.
— Pomyślałem właśnie o pracowni eliksirów. Nawet mógłbym zostać twoim partnerem w zbrodni i stać na czatach. Ustalilibyśmy jakieś hasło na wypadek nagłego pojawienia się nauczyciela eliksirów albo woźnego. Na przykład "uciekły mi czekoladowe żaby". — Będąc wciąż rozbawionym wyszczerzył się w szerokim uśmiechu, nie traktując tych gróźb poważnie. Dobrze ją znał. Nie dokonałby z nią włamania do pracowni eliksirów, bo do tego trzeba było trochę wprawy. Nagły napad kaszlu albo duszności mogłyby zaprzepaścić ten cały plan, gdyby się na to zdecydowali. Za to doskonale nadawałby się do bycia czujką. Jeśli nie byłoby możliwości użycia hasła to mógłby udać, że nagle poczuł się gorzej i potrzebuje zostać zaprowadzonym do skrzydła szpitalnego. Wszyscy profesorowie wiedzieli o jego chorobie i nie mogli nie udzielić mu pomocy. — Jakbyś miała przebrać się za leśną wiedźmę to włamywanie się do pracowni eliksirów nie byłoby konieczne. Wystarczyłoby zebrać trochę liści, drobnych gałązek i mchu. Twoja ciocia tak tylko gada. Jest sposób na to, aby przekonać się, czy jednak ma rację... ale musiałabyś napić się ze mną herbaty. — Zastanowił się nad tym na głos. Wystarczyłoby aby Brenna przeszła się po błoniach. Nieśmiało zaproponował swojej przyjaciółce wróżenie z herbacianych fusów. Jej przyszłość nie musiała prezentować się w taki sposób, jak przewidywała jej ciocia.