16.11.2023, 21:16 ✶
Diana przez ostatnie kilka tygodni wielokrotnie zastanawiała się jak i dlaczego to jej przyszło urodzić się pod czarną, przeklętą gwiazdą z galaktyki przegranych. Połączeni w parę, nigdy nie podejrzewali, iż cokolwiek niepożądanego stanąć miałoby na ich drodze do wspólnej, radosnej przyszłości skąpanej we wspólnym rzucaniu kamieniami w szlamy oraz upojnych nocach, rozciągniętych od świtu do nocy. Co prawda byli kuzynami, ale w ich świecie, w pielęgnujących stare wartości rodzinach, w których przyszło im się urodzić nie miało to być problemem.
Ale jakoś kurwa było.
Słowa tak ciężko zalegały na języku, a serce gwałtownie chybotało pod drobną, kruchą klatką piersiową. Ujął jej dłonie, jeszcze ciepłe, delikatne i bardzo złaknione bliskiego im dotyku. Promieniował ciepłotą, tak znaną i normalną, niemalże wpisaną w pamięć jej tkanek.
Mogę cię stąd zabrać.
Ale wtedy bylibyśmy tylko my dwoje. Bylibyśmy biedni. Nie miała byś nic.
Może i próbował zasiać w niej płodne ziarna niepewności, ale młoda i naiwna Burke wierzyła, że pieniądze rosły na drzewach, a głód nasycić mogła miłość namiętna i wierna. Nie rozumiała jego ostrzeżenia, a gdyby tylko trzeźwość umysłu jej by na to pozwoliła, to zapewne odebrałaby to jako bezpodstawne oskarżenie. Może i słuszne, przecież nigdy nie była biedna, więc skąd mogła wiedzieć co tak naprawdę oznaczałoby nie posiadać galeonów na zawołanie, nieskończonej szafy z ładnymi ubraniami, dużego domu, w którym służyła armia skrzatów i masy innych drobiazgów będących istotną częścią egzystencji, o których nigdy nie myślała, a nie brały się z powietrza – kupowane były zaiste realnymi, namacalnymi pieniędzmi.
– Jeśli tobie to nie przeszkadza to mnie również nie – odpowiedziała po chwili, ale coś zupełnie innego krążyło jej po głowie. Uwolniła dłoń z uścisku, unosząc ją ku zatroskanemu obliczu ukochanego. Wierzchem dłoni pogłaskała czule marznący policzek; gdzieś tam głęboko pod powierzchnią skóry formował się mroźny rumieniec, lecz nie dostrzegała go, ani nie szukała go jeszcze. Nieco pierzchliwie gładziła cienką fakturę skóry palcami, wiodąc i zaznaczając opuszkami nieistniejące konstelacje na jego twarzy.
– Znajdą nas. Skrzywdzą cię, Murtagh. Ojciec nigdy wcześniej nie podniósł na mnie ręki, ale coś... coś się w nim zmieniło. Jeśli do tego by doszło to...czy byłbyś gotowy na walkę?
Obserwowała własne emocje odbite lśniącym echem w jego oczach, niedowierzanie przeobrażające się w złość i przerażenie. Mówiła prawdę, jedyną prawdę jaka miała dla niej teraz znaczenie.
– Poślubisz mnie, Murtagh? – zapytała drżącym, nikłym głosem – bo jeśli tak, ucieknę z tobą wszędzie.
Czy odpowiedź, szczera i prawdziwa tkwiła zapisana w jego obliczu?
Czy posiadał jakiś plan?
Czy oboje mieli siłę by przeciwstawić się wszystkiemu w imię miłości?
Ale jakoś kurwa było.
Słowa tak ciężko zalegały na języku, a serce gwałtownie chybotało pod drobną, kruchą klatką piersiową. Ujął jej dłonie, jeszcze ciepłe, delikatne i bardzo złaknione bliskiego im dotyku. Promieniował ciepłotą, tak znaną i normalną, niemalże wpisaną w pamięć jej tkanek.
Mogę cię stąd zabrać.
Ale wtedy bylibyśmy tylko my dwoje. Bylibyśmy biedni. Nie miała byś nic.
Może i próbował zasiać w niej płodne ziarna niepewności, ale młoda i naiwna Burke wierzyła, że pieniądze rosły na drzewach, a głód nasycić mogła miłość namiętna i wierna. Nie rozumiała jego ostrzeżenia, a gdyby tylko trzeźwość umysłu jej by na to pozwoliła, to zapewne odebrałaby to jako bezpodstawne oskarżenie. Może i słuszne, przecież nigdy nie była biedna, więc skąd mogła wiedzieć co tak naprawdę oznaczałoby nie posiadać galeonów na zawołanie, nieskończonej szafy z ładnymi ubraniami, dużego domu, w którym służyła armia skrzatów i masy innych drobiazgów będących istotną częścią egzystencji, o których nigdy nie myślała, a nie brały się z powietrza – kupowane były zaiste realnymi, namacalnymi pieniędzmi.
– Jeśli tobie to nie przeszkadza to mnie również nie – odpowiedziała po chwili, ale coś zupełnie innego krążyło jej po głowie. Uwolniła dłoń z uścisku, unosząc ją ku zatroskanemu obliczu ukochanego. Wierzchem dłoni pogłaskała czule marznący policzek; gdzieś tam głęboko pod powierzchnią skóry formował się mroźny rumieniec, lecz nie dostrzegała go, ani nie szukała go jeszcze. Nieco pierzchliwie gładziła cienką fakturę skóry palcami, wiodąc i zaznaczając opuszkami nieistniejące konstelacje na jego twarzy.
– Znajdą nas. Skrzywdzą cię, Murtagh. Ojciec nigdy wcześniej nie podniósł na mnie ręki, ale coś... coś się w nim zmieniło. Jeśli do tego by doszło to...czy byłbyś gotowy na walkę?
Obserwowała własne emocje odbite lśniącym echem w jego oczach, niedowierzanie przeobrażające się w złość i przerażenie. Mówiła prawdę, jedyną prawdę jaka miała dla niej teraz znaczenie.
– Poślubisz mnie, Murtagh? – zapytała drżącym, nikłym głosem – bo jeśli tak, ucieknę z tobą wszędzie.
Czy odpowiedź, szczera i prawdziwa tkwiła zapisana w jego obliczu?
Czy posiadał jakiś plan?
Czy oboje mieli siłę by przeciwstawić się wszystkiemu w imię miłości?
Chwasty trzeba wyrywać.