22.11.2023, 00:00 ✶
Biorąc pod uwagę absolutny brak zewnętrznej reakcji Desmonda na wyraźną niechęć w głosie dziękującej mu kuzynki, mógłby w ogóle jej nie usłyszeć. Ale usłyszał. Chwilę kontemplował tę nagłą zmianę tonu, chwilę zastanawiał się nad jej genezą, nie potrafił jednak zidentyfikować jej źródła. Tak samo dezorientujące wydało mu się spojrzenie, którym Lorraine obdarzyła jego buty. W myślach orzekł, że musiała być zwyczajnie zbyt emocjonalna.
Kolejna wypowiedź Lorraine sprawiła, że wydał z siebie cichy pomruk. Spodziewałby się, że horoskopy umieszczane w gazetach będą tymi najgorszego sortu. Jeśli naprawdę angażowała się w te swoje gwiezdno-planetarne fantazje, to czy nie wolałaby wybrać się do jakiegoś prywatnego wróżbity? Pozbyłaby się dzięki temu bezwartościowej, generycznej pulpy, którą serwowali znudzeni życiem, słabo opłacani pismacy. Żaden wybitny, szanujący się specjalista nie pracowałby przecież w gazecie.
— Kłamiesz — ocenił. — Myślę że kłamiesz.
Wciąż nie był pewien, czy powinien świecić swoją twarzą podczas mieszania się w parszywe porachunki pariasów kulturowo sąsiadujących ze smrodem Nokturnu, dlatego podjęcie decyzji o swojej gotowości zajęło mu dobre parę minut. Im gęstszy stawał się tłum wokół niego, tym bardziej rósł poziom jego desperacji — chociaż rozsądek podpowiadał mu, że wśród takiej liczby ludzi powinien czuć się tylko bezpieczniejszy, wszystkie jego zmysły ostro oponowały. Chciał się stąd wydostać.
— Dobrze stój — wymamrotał zupełnie zbytecznie, bo jednocześnie złapał kobietę za ramię i siłą zmusił ją do zatrzymania się.
Brakowało temu wszystkiemu charakterystycznego świstu i błysku – całość procesu teleportacji rozegrała się w absolutnej ciszy i pozostawała niemal niewidoczna. Desmond był w tym naprawdę dobry.
Z cichym westchnieniem rozejrzał się po niewielkiej garderobie, której zakurzony, senny półmrok zdawał się jedynie potęgować ordynarność rytmicznej melodii zasapanych jęków, która dobiegała do nich zza drzwi do sypialni.
- Dlaczego mi powiedziałaś - szeptał beznamiętnie. - Że dom będzie pusty.
Wzdrygnął się raptownie. Ktoś za ścianą nagle zaczął chorobliwie charczeć. Kaszleć.
Kolejna wypowiedź Lorraine sprawiła, że wydał z siebie cichy pomruk. Spodziewałby się, że horoskopy umieszczane w gazetach będą tymi najgorszego sortu. Jeśli naprawdę angażowała się w te swoje gwiezdno-planetarne fantazje, to czy nie wolałaby wybrać się do jakiegoś prywatnego wróżbity? Pozbyłaby się dzięki temu bezwartościowej, generycznej pulpy, którą serwowali znudzeni życiem, słabo opłacani pismacy. Żaden wybitny, szanujący się specjalista nie pracowałby przecież w gazecie.
— Kłamiesz — ocenił. — Myślę że kłamiesz.
Wciąż nie był pewien, czy powinien świecić swoją twarzą podczas mieszania się w parszywe porachunki pariasów kulturowo sąsiadujących ze smrodem Nokturnu, dlatego podjęcie decyzji o swojej gotowości zajęło mu dobre parę minut. Im gęstszy stawał się tłum wokół niego, tym bardziej rósł poziom jego desperacji — chociaż rozsądek podpowiadał mu, że wśród takiej liczby ludzi powinien czuć się tylko bezpieczniejszy, wszystkie jego zmysły ostro oponowały. Chciał się stąd wydostać.
— Dobrze stój — wymamrotał zupełnie zbytecznie, bo jednocześnie złapał kobietę za ramię i siłą zmusił ją do zatrzymania się.
Brakowało temu wszystkiemu charakterystycznego świstu i błysku – całość procesu teleportacji rozegrała się w absolutnej ciszy i pozostawała niemal niewidoczna. Desmond był w tym naprawdę dobry.
***
Z cichym westchnieniem rozejrzał się po niewielkiej garderobie, której zakurzony, senny półmrok zdawał się jedynie potęgować ordynarność rytmicznej melodii zasapanych jęków, która dobiegała do nich zza drzwi do sypialni.
- Dlaczego mi powiedziałaś - szeptał beznamiętnie. - Że dom będzie pusty.
Wzdrygnął się raptownie. Ktoś za ścianą nagle zaczął chorobliwie charczeć. Kaszleć.