Robert był człowiekiem, który drugiej osobie zwykł poświęcać dokładnie tyle czasu, na ile miał ochotę. Nie inaczej. Przy jednych wiecznie go brakowało, przy drugich - taki problem występował rzadziej bądź częściej. Wszystko sprowadzało się z reguły do tego czy dzięki danemu spotkaniu mógł cokolwiek zyskać.
Odwiedzając Rodolphusa, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie będą rozmawiać o interesach. Nie taki był cel tej wizyty. Nie to zachęciło Roberta do nawiązania kontaktu z młodym pracownikiem Ministerstwa. Tym razem w grę wchodziła ciekawość, która w ostatnich latach nie budziła się w nim szczególnie często. Mulciber nauczył się pewne rzeczy skutecznie wyciszać. To co niegdyś było dla niego najważniejsze, świadomie odstawił na boczny tor, wierząc że tylko w ten sposób będzie w stanie odzyskać to, co stracił w momencie podporządkowania się woli ojca.
- Ministerstwo to obecnie, wybacz mi słownictwo, banda idiotów. - nie śpieszył się. Po wysłuchaniu Rodolphusa, w jego głowie formowały się pierwsze wnioski. Nie zamierzał niczego przedstawiać zbyt wcześnie. Ważył słowa. Starannie je dobierał. - Podstawowym problemem jest niekonsekwentne trzymanie się poprawności politycznej. Zezwalając na tego rodzaju badania, nie nakładasz ograniczeń, które mogą w znaczący sposób wpłynąć na wyniki badań, prowadzonych obserwacji. To podstawowa kwestia, ale najwyraźniej nie powinniśmy oczekiwać tego po osobach, które odpowiedzialne są za rozwój nauki. - odchylił do góry głowę, na niedługi moment. Chętnie by teraz zapalił, sięgnął po jedno ze swoich cygar. Niestety niczego odpowiedniego nie posiadał na wyciągnięcie ręki. - Mając wśród obiektów przedstawicieli każdej z grup, należy zadbać o to, aby wszelkie obserwacje i pomiary zostały przeprowadzone w tych samych warunkach. W innym wypadku wyniki nie będą miarodajne i równie dobrze możesz sobie to wszystko spalić w kominku. Przynajmniej da trochę ciepła. - podsumował tym samym efekty ciężkiej pracy, którą w ostatnich miesiącach wykonał Lestrange. Niczego mu nie chciał przy tym odbierać. Był świadomy, że to wszystko nie było do końca jego winą. Nie dość, że był młody, niedoświadczony, być może nie posiadał jeszcze odpowiedniej siły przebicia, aby uzyskać poparcie odpowiednich osób... do tego jeszcze musiał podporządkować się ludziom, którzy za bardzo obawiali się opinii publicznej, żeby pozwolić na należyte zajęcie się tym, co mogło okazać się wręcz rewolucyjne. - Dlaczego zdecydowałeś się zająć tym wszystkim przy współpracy w Ministerstwem? - zadał pytanie, które powinno być jak najbardziej zasadne. Wszak gdyby przeprowadził badania na własną rękę, bez występowania po zgodny, pozwolenia, posiadałby znacznie więcej swobody. Nie musiałby przejmować się wieloma kwestiami, a może nawet... w ogóle by się z nimi nie spotkał. Nie dotyczyłyby jego osoby. Robert dawno temu doszedł do wniosku, że Ministerstwo nie jest obecnie odpowiednim miejscem dla uczonych; dla badaczy. Tylko czy... czy w Wielkiej Brytanii istniało obecnie jakiekolwiek lepsze?