18.11.2023, 23:26 ✶
Moja majestatyczna świętobliwość miała dziś całkiem przyjemny dzień, poświęcony na latanie na abraksanie Radoslavie, a też na spotkaniu z małą przyjaciółką imieniem Elaine, która uraczyła mnie smakowitą lemoniadą. Niestety, wszystko co dobre szybko się kończyło, więc w końcu musiałem powrócić do codziennych spraw, tak też siedziałem za swoim jakże cennym biurkiem i pracowałem, kiedy napatoczył się skrzat, nieco przerażony, że musi mi przerywać, ale odezwał się nim ponagliłem, bo to była faktycznie informacja nie znosząca upływu czasu, w sensie istotna.
Zerwałem się czym prędzej z fotela, żeby przemknąć czym prędzej do holu. Nie podobało mi się, że Laurent wymykał się po cichemu, nie zapowiedziawszy swojej wyprowadzki, która swoją drogą była nad wyraz nie na miejscu w obliczu sytuacji, jaka miała miejsce w jego życiu. Przystanąłem na szczycie schodów i spojrzałem w dół na targającego walizkę chłopca. Tak, chłopca... Inaczej nie można było określić nędznie wyglądającą, biednie niezwykle, postać Laurenta.
Odchrząknąłem zanim się odezwałem. Chciałem by podniósł na mnie spojrzenie, żeby dostrzec emocje malujące się na jego twarzy. Zaskoczenie? Znużenie? Determinacja...?
- Gdzie się wybierasz, Laurencie? Czyżby złapali mordercę? - zapytałem rzeczowo, neutralnie, jak gdybym rozmawiał o sprawach biznesowych, a nie rodzinnych. Trzymałem się poręczy obiema rękami. Musiałem wyglądać na kogoś, kto w jednej chwili miał połamać jej pedantycznie ulakierowane drewno.
Ale jednak nie. Nie tym razem. Zostawiłem ją w spokoju i ruszyłem na dół po schodach. Tak znajomych mi schodach, że zanadto nie musiałem patrzeć pod nogi, poświęcając więcej uwagi mojemu chłopcu.
- Czemu kulejesz? Co się stało...? I czemu nic z tym nie robisz? - dodałem, a tym razem można było wyłapać nutę troski w głosie. Choć ojcowskie serce rwało się do Lorka, żeby wziąć go w ramiona i mu wybić z głowy jakieś potencjalne wyprowadzki z domu, to jednak duma i rozum mówiły coś wręcz przeciwnego.
- Zgrzebek, zabierz walizkę Laurenta z powrotem do pokoju - rozkazałem skrzatowi. Nic nie czytałem, a tym bardziej nie słyszałem, o schwytaniu mordercy, a w ostatnim czasie głównie tym zajmowali się moi ludzie, więc powątpiewałem, że tym spowodowana była jego wyprowadzka.
Stanąłem obok syna, tak o krok, i czekałem. Na raport...?
Zerwałem się czym prędzej z fotela, żeby przemknąć czym prędzej do holu. Nie podobało mi się, że Laurent wymykał się po cichemu, nie zapowiedziawszy swojej wyprowadzki, która swoją drogą była nad wyraz nie na miejscu w obliczu sytuacji, jaka miała miejsce w jego życiu. Przystanąłem na szczycie schodów i spojrzałem w dół na targającego walizkę chłopca. Tak, chłopca... Inaczej nie można było określić nędznie wyglądającą, biednie niezwykle, postać Laurenta.
Odchrząknąłem zanim się odezwałem. Chciałem by podniósł na mnie spojrzenie, żeby dostrzec emocje malujące się na jego twarzy. Zaskoczenie? Znużenie? Determinacja...?
- Gdzie się wybierasz, Laurencie? Czyżby złapali mordercę? - zapytałem rzeczowo, neutralnie, jak gdybym rozmawiał o sprawach biznesowych, a nie rodzinnych. Trzymałem się poręczy obiema rękami. Musiałem wyglądać na kogoś, kto w jednej chwili miał połamać jej pedantycznie ulakierowane drewno.
Ale jednak nie. Nie tym razem. Zostawiłem ją w spokoju i ruszyłem na dół po schodach. Tak znajomych mi schodach, że zanadto nie musiałem patrzeć pod nogi, poświęcając więcej uwagi mojemu chłopcu.
- Czemu kulejesz? Co się stało...? I czemu nic z tym nie robisz? - dodałem, a tym razem można było wyłapać nutę troski w głosie. Choć ojcowskie serce rwało się do Lorka, żeby wziąć go w ramiona i mu wybić z głowy jakieś potencjalne wyprowadzki z domu, to jednak duma i rozum mówiły coś wręcz przeciwnego.
- Zgrzebek, zabierz walizkę Laurenta z powrotem do pokoju - rozkazałem skrzatowi. Nic nie czytałem, a tym bardziej nie słyszałem, o schwytaniu mordercy, a w ostatnim czasie głównie tym zajmowali się moi ludzie, więc powątpiewałem, że tym spowodowana była jego wyprowadzka.
Stanąłem obok syna, tak o krok, i czekałem. Na raport...?